Kto dziś pamięta tę histerię, te wszystkie pomarańczowe szaliki, chusty, czapki, wstążki? Kto pamięta podniecenie, ciągłe “dyskusje” ograniczające się do powtarzania medialnych komunikatów? Kto pamięta byłego, ówczesnego i przyszłego Prezydenta RP w jednym chocholim tańcu z wrzaskiem U kra ina? Wiktor! Tak! Szczenewmerła! Demokracja! To była pieśń! Pięćdziesiąt tysięcy, sto tysięcy, pół miliona! Wieści o zgromadzonych na majdanie zawierały coraz to większe liczby, a ludzi ogarniało coraz większa gorączka, choć mróz ruscy zsyłali coraz większy.
Dziś prawie cztery lata. Kilka razy rozpadła się koalicja, dwa razy były wybory, zmieniali się ministrowie, były kolejne afery, wieczna karuzela. Nie zmieniło się nic. Nacjonaliści ukraińscy jak znieważali Polaków, tak czynią to nadal, korupcja jak była tak jest, wody jak nie było tak nie ma, a Ukraina jest równie daleko od UE jak wtedy. Wpływy kapitału rosyjskojęzycznego pewnie jeszcze wzrosły. Teraz będą kolejne wybory, za rok prezydenckie, w których Juszczenko nawet nie wejdzie do drugiej tury. Pomarańcze zgniły i już tylko śmierdzą.
Polska to wszystko dyplomatycznie przegrała. Przeliczyła się oczekując stabilnego partnera, a spotkała się z państwem, które jest na zupełnie innym etapie, które nie dorosło do nowoczesności. Czy to znaczy, że o Ukrainie należało zapomnieć czy pozostawić ją samą sobie? Zdecydowanie nie. Złe jednak wybrano środki.
Błędem pierwszym było traktowanie walki wyborczej na Ukrainie jako walki ideologicznej, w której wspieramy jedną “słuszną” ideologię przeciw innej “niesłusznej”. Pomijając często niepraktyczność takich założeń w prowadzeniu polityki międzynarodowej, tym razem zupełnie źle odczytano sytuację. Potwierdziły to kolejne wybory. Janukowicz zawsze wygrywał (dostając ok. 80-90%!) w okręgach, które przed powstaniem Chmielnickiego były rosyjskie lub tatarskie. Na terenach które wtedy należały do Rzeczpospolitej Obojga Narodów Juszczenko i Tymoszenko dostawali też ok. 80-90%, przy czym Juszczenko wypadał lepiej na terenach byłych Austro-Węgier, Tymoszenko na pozostałych. Nie są to granice przypadkowe, na poszczególnych terenach mieszkają po prostu inni ludzie, inne grupy etniczne, mówią innymi językami, chodzą do innych kościołów, mają różną historię.
Widać więc gołym okiem, że głosujący nie kierowali się ideologią, poglądami czy wizją państwa, ale przynależnością. Ugrupowania na Ukrainie są więc niejako plemienne. Dość powiedzieć, że członkowie partii Janukowicza w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy częściowo zasilają grupę złożoną m. in. z PiS i brytyjskich konserwatystów, a częściowo grupę socjalistów. Podobne szpagaty robią członkowie BJuTy (socjaliści lub liberałowie), a sam Juszczenko zdążył w swojej karierze być już komunistą, kuczmistą, a teraz opiera się na banderowcach. Prywatnie ponoć konserwatywny liberał, więc w sumie brakuje mu na koncie chyba jeszcze tylko anarchosyndykalisty.
Jak z kimś takim trzeba rozmawiać? Jak rozmawiać z krajem targanym plemiennymi (choć na szczęście odbywającymi się tylko w parlamencie) walkami? Przede wszystkim – rozmawiać z władzami kraju, a nie poszczególnymi watażkami. Partnerem dla nas – Polaków, ale także Czechów czy Słowaków, a wreszcie UE - musi być cała Ukraina, a nie jakiś -uk, -enko czy -owycz. Bo tylko Ukraina jako całość jest dla nas atrakcyjna biznesowo, politycznie, strategicznie. Do czasu dość rozsądne stanowisko prezentował w tamtych sprawach człowiek, o którym mam zdanie złe i który na tejże Ukrainie przy pewnym incydencie zupełnie się skompromitował – Aleksander Kwaśniewski. Ale do czasu. A potem było już tylko gorzej, choć byłem pod wrażeniem jak udaje się Stefanowi Mellerowi i Annie Fotydze utrzymać poprawne stosunki z ekipą Janukowicza, który akurat mógł mieć do nas spore pretensje. Ale to były tylko poprawne stosunki.
Dziś już ponosimy konsekwencje błędnej polityki przez ostatnich kilka lat. Ze “strategicznego sojuszu” z Ukrainą nie mamy nic. Kiedy za rok porażka wyborcza zmiecie Juszczenkę będzie być może wrogość. Wyciągnijmy już dziś z tego lekcję.
Tagi: polityka zagraniczna, Ukraina