Oczywiście jest – czy też była, ale w takich sprawach nic nie jest pewne póki trwają i jakiś czas potem – wojna, więc wypada coś napisać. Naturalnie nie mam na to specjalnej ochoty, tyleż byłoby tematów ciekawszych, bliższych terytorialnie, uczuciowo czy kulturowo. Ale ten temat jest po prostu zbyt istotny.
Nie jest to jedna z takich wojen, czy też szerzej jeden z takich sporów politycznych, w których – jak by to ujął Joseph Conrad – for political, religious or romantic reasons – bylibyśmy całym sercem po jednej stronie. Nie jest to wojna, w której jedni całkiem mają rację, a inni całkiem jej nie mają.
Z jednej strony Abchazja i Osetia – z drugiej Gruzja. Cóż z jednymi nas łączy lub też z drugimi. Obce, dalekie, kaukaskie kultury, obie chrześcijańskie – choć prawosławne, obie dalekie od dziedzictwa zachodniego, nawet jego „pośredniej” ze wschodnim dziedzictwem formie słowiańskiej. Kraje te w naszej historii odgrywały rolę znikomą, niezależnie od tego jak bardzo dziś będzie się przypominać „oficerów kontraktowych” w Wojsku Polskim. Oczywiście pomnik najbardziej znanego Gruzina do dziś góruje nad głównym miastem ostatniego teatru działań wojennych, ale na to spuśćmy zasłonę milczenia.
Tyle o kulturach walczących bezpośrednio. Teraz przenieśmy się na wyższy poziom i spytajmy o konkrety, geopolitykę, dyplomację. Tu oczywiście zapomnijmy o tych małych narodkach i ich trudno wymawialnych przywódcach, a zatrzymajmy się na głównych sprawcach – USA i Rosji. W naszym dobrze pojętym interesie leży bycie dobrym sojusznikiem USA, choć pewnie Rosja kulturowo czy językowo jest nam bliższa. Poza tym, w naszym dobrze pojętym interesie jest wspierać zwycięzcę. Tę wojnę wbrew pozorom wygrywają Gruzja i USA. Nie militarnie, trudno zresztą przewidywać by mały kraj wygrał militarnie z krajem 140-milionowym, lecz propagandowo, dyplomatycznie i politycznie. Tak samo jak Rosja przez cały XIX wiek górowała nad wojskami Porty, ale dyplomatycznie wszystko przegrywała, bo tę wspierali Anglicy. Wreszcie, w bloku z Rosją są Niemcy – także w tej wojnie – doświadczenie również XIX-wieczne uczy, że w takim bloku Polska mogłaby służyć najwyżej za przejście graniczne na drodze z Petersburga do Berlina.
Dlatego rozumiem i doceniam zachowanie prezydentów Polski, Francji, Ukrainy, Łotwy, Litwy i Estonii i ich wsparcie dla Gruzji oraz Saakaszwilego. To był dobry krok – nie tyle nawiasem mówiąc dobry dla Gruzji, co właśnie dla tych krajów.
Ale ponieważ ten blog nie był i nie będzie tubą propagandową interesów państwowych choćby wbrew faktom, kilka kwestii zupełnie niedostrzeganych w szerszym dyskursie. Nawiasem mówiąc zawsze mnie zastanawia, jak to rozemocjonowanie jakimiś wydarzeniami zawsze odbiera obiektywny osąd nawet osobom zupełnie w to niezaangażowanym. Zresztą o to pewnie chodzi w propagandzie.
Na początek – przyczyny. Dobrych kilkanaście lat temu była już taka wojna. Mniej lub bardziej formalne ustalenia pokojowe były takie – Abchazja i Osetia pozostają częścią Gruzji, ale nie ma tam gruzińskich wojsk, porządku pilnują „międzynarodowe” wojska rosyjskie. Na początku sierpnia Saakaszwili postanowił to zmienić, wprowadzając wojska do Osetii. Ewidentne jest, że to właśnie on – a nie Miedwiediew i Putin bezpośrednio są odpowiedzialni za awanturę na Kaukazie.
A kto jest odpowiedzialny pośrednio? Oczywiście reguły taktyki kryminalistycznej każą zadać pytanie qui prodest? Na wojnie oczywiście najbardziej zyskała republikańska administracja w Waszyngtonie. Do lipca nie szło – polski rząd w obraźliwy wręcz sposób traktował amerykańską ofertę w sprawie tarczy, a John McCain tracił bardzo dużo do Barracka Husejna Obamy. Dziś wszystko jest odwrócone, McCain nawet jeśli jeszcze wyraźnie nie prowadzi, to straty wyrównał, a umowa z rządem pana Tuska jest już podpisana. Naturalnie lepiej dla świata, USA i Polski, by wybory wygrał konserwatysta, a nie podejrzanych konotacji pseudoliberał, lepiej też by istniała ochrona przed różnego pochodzenia rakietami, ale moralnie prowadzenia w tym celu wojny nie można ocenić pozytywnie. Historiozofią się tu nie zajmuję, ale bicz Boży potrafi sprawić niezłe cięgi.
Nawet jeśli p. Rice i cała jej wielce „kompetentna” ekipa nie wydała Saakaszwilemu polecenia wejścia do Osetii, to i tak przyczyniła się do tych wydarzeń stwarzając na wiosnę precedens kosowski. Sytuacja była tam analogiczna – Kosowo pozostaje częścią Serbii, ale nie ma tam serbskich wojsk, są „międzynarodowe” – głównie amerykańskie. Ciekaw zresztą jestem, co pani Rice i wszyscy inni przerażeni „rosyjskim barbarzyństwem” sądzą na temat amerykańskich nalotów na Jugosławię w 1999 r. „Agresja na suwerenny kraj”? „Złamanie prawa międzynarodowego”? „Niedopuszczalne stosowanie siły w polityce międzynarodowej”?
Potem Amerykanie uznali niepodległość Kosowa, dziś Rosja uznaje niepodległość Abchazji i Osetii. Nihil novi sub sole.
Wtedy uzasadniano to „cywilnymi ofiarami”. Identycznie uzasadnia to Rosja. Oczywiście w mediach polskich czy większości zachodnich (paradoksalnie najbardziej obiektywne czy przynajmniej pluralistyczne wydają się być tym razem media niemieckie) są wyłącznie ofiary gruzińskie, a dla radia „Voix de Russie” (także w niemieckojęzycznej wersji „Stimme Russlands” – i pewnie w każdej innej) wyłącznie osetyjskie. Dla każdego choć trochę inteligentnego obserwatora jest oczywiste, że wojna to nieuniknione – choćby przypadkowe – ofiary. Z obu stron. Jeśli jednak prawdą jest, że Gruzini przy wejściu do Osetii uśmiercili ok. 2 tys. cywilów (w praktyce w 1-2 dni), to podpadałoby to oczywiście pod ludobójstwo. W Srebrenicy nie było wiele więcej.
Oczywiście można spojrzeć od drugiej strony. Rosja sama krytykowała inwazję na Jugosławię, teraz robi to samo, można przedstawić równie liczne racje za Zachodem. Nie ma tu jednak racji, są interesy.
Skutki? Będą dalekosiężne. Nigdy jeszcze Rosja i Europa nie były tak skonfliktowane. Nigdy jeszcze – od czasów upadku ZSRR – stanowiska USA i Europy nie były w kwestii rosyjskiej tak zbieżne. Nigdy jeszcze od tamtego czasu opinia europejska nie była tak jednoznaczna w swej krytyce. A to wyznacza nowe sojusze i nowe linie podziału – być może nowego podziału zimnowojennego.