Srebrenica, Katyń, Wołyń…

By rozum

Nikt znający historię środkowej Europy obok nazw tych nie może przejść obojętnie.

Srebrenica to stare słowiańskie miasto, wzmianki o nim pochodzą już z XIV wieku, aż do XVIII wieku były tam bogate kopalnie srebra eksportowanego potem przez Dubrownik, stąd też nazwa. Miasto leży gdzieś w połowie drogi między Belgradem a Sarajewem, niegdyś bardziej serbskie, w 1991 było już w ¾ muzułmańskie, w ¼ serbskie.

Katyń to wieś w okolicach Smoleńska, który w XVI i XVII wieku był świadkiem pamiętnych walk polsko-rosyjskich. Okolica mocno zalesiona, starą, niezniszczoną, starożytną puszczą, przez środek której przebiega dziś granica Białorusi i Federacji Rosyjskiej.

Wołyń to żyzna równina na pograniczu polsko-rusińskim, ale też z wpływami węgierskimi (Arpadzi) i osiedlami czeskimi i niemieckimi.

Wszystkie te miejsca łączy oczywiście nie tylko położenie na pograniczu różnych narodów słowiańskich czy bycie świadkami ich długoletnich kontaktów. To także miejsca, gdzie historia ta w obliczu wojennych zawieruch XX wieku znalazła tragiczny finał w zbrodniach ludobójstwa.

Zbrodnie te były w różny sposób i w różnym stopniu zaplanowane, ale żadna nie była jakimś spontanicznym ruchem, buntem, chwilowym wzburzeniem. W każdej wystąpiła brutalna, cynicznie użyta siła. W każdej był też na pewno jakiś element prowokacji ze strony przeciwnej, która ostatecznie stała się ofiarą.

Różnie też zbrodnie te funkcjonują w świadomości świata. W stosunku do Srebrenicy występuje swoisty kompleks zachodu. Nic dziwnego, zbrodnia była możliwa wyłącznie dzięki temu, że ustanowione tam oenzetowskie oddziały do ochrony cywilnej ludności zachowały się zupełnie biernie, a ich holenderski dowódca tchórzliwie. Skwapliwie, jakby w nadziei na oczyszczenie własnego zbiorowego sumienia ściga się (oczywiście tylko serbskich) winowajców. O Katyniu zachodnie elity pewnie słyszały, ale czasem wolą nie słyszeć. W 2005 r. ówczesny przewodniczący Parlamentu Europejskiego hiszpański José Borrell odmówił uczczenia ofiar tej zbrodni przez parlament, gdyż – jak twierdził „nie mamy zwyczaju czczenia tragicznych wydarzeń” – choć kilka tygodni wcześniej PE uczcił ofiary Auschwitz. A Wołyń? O nim wolą nie pamiętać nawet Polacy. Na niedawnych uroczystościach 65. rocznicy nie było nikogo z wysokich władz państwowych, a w przesłanym liście Prezydent RP jak ognia unika słowa „ludobójstwo”. Raczej nie należy marzyć o ukaraniu winnych ani zbrodni katyńskiej, ani wołyńskiej.

W Srebrenicy zginęło (wedle oficjalnych szacunków) 8 tys. ludzi, w Katyniu 19 tys., na Wołyniu 60 tys. O Srebrenicy mówi cały świat, o Katyniu niektórzy, o Wołyniu prawie nikt…

Dodaj komentarz