W niedzielę odbyły się wybory parlamentarne w najmniejszym państwie słowiańskim, zapomnianej nieco Macedonii. Macedonia była najmniejszą – obok Słowenii – republiką byłej Jugosławii, najmniej znaną, najmniej kojarzoną. Jedynie nazwa przypomina wielkie starożytne imperium Aleksandra Macedońskiego. Zamieszkała w większości przez ludność prawosławną, jednak nieuważającą się za Serbów, pozostawała na uboczu. Przy rozpadzie Jugosławii pokojowo się odłączyła i najdłużej pozostawała z dala od walk. Dziś jest w centrum wydarzeń.
Wybory wygrała centroprawicowa koalicja, z bogatymi tradycjami sięgającymi jeszcze walki z Portą. Bardziej jednak niż programy czy różnice z przegraną lewicową koalicją, istotne są reakcje świata na wybory. Oczywiście podczas wyborów doszło do incydentów. Kogoś pobito, co najmniej jedną osobę zastrzelono, gdzieniegdzie w charakterystyczny dla muzułmanów sposób „świętowano” wejście mniejszościowych partii albańskich do parlamentu wystrzałami. Trudno jednak powiedzieć, by wyniki samych wyborów zostały przez to wypaczone.
Ale jednak… Zaniepokojenie incydentami wyraziło szereg organizacji międzynarodowych, w tym UE. To zrozumiałe, nie ma się przecież z czego cieszyć. Jeśli już jest demokracja, to niech się to odbywa w cywilizowany sposób. Bardziej niepokojące są oświadczenia amerykańskie i albańskie, które to państwa domagają się unieważnienia wyborów w częściach kraju, gdzie doszło do incydentów. Przyczyny?
Oczywiście, nie można być naiwnym. Centroprawica rządziła już poprzednio, ale w jej ramach była też mniejszość albańska. Po ogłoszeniu niepodległości Kosowa zaczęła grupa ta zgłaszać kolejne żądania, których ostatecznym rezultatem byłaby bardzo szeroka autonomia, a w przyszłości być może nawet scenariusz kosowski. Macedończycy powiedzieli non possumus, co doprowadziło do wcześniejszych wyborów, które wygrała rządząca koalicja – ale już bez udziału Albańczyków. Jeśli będzie większość (to wisi na włosku, ale jest prawdopodobne) to oznacza oczywiście fiasko wygórowanych żądań albańskich.
Nie tylko finał obmyślono sobie po kosowsku, ale i środki. Stąd też agresywne akty przemocy – często (choć nie tylko) z albańskiej strony – bo w końcu przemoc popłaca, i można z listy organizacji uznawanych przez CIA za terrorystyczną zostać rządzącą siłą w nowym państwie. Jest też wsparcie USA.
Oczywiście bardzo to wszystko źle wróży Macedonii. Problem inspirujących się Kosowem Albańczyków (w znacznej części gościnnie przyjętych uchodźców z czasów konfliktu kosowskiego w 1999 r.) nie jest jedyny. Nazwa państwa jest pretekstem do niechęci Greków – którzy uważają ją za pretensję wobec ich prowincji Macedonii oraz zawłaszczanie dziedzictwa Macedonii starożytnej. Jest wreszcie problem kulturowej i politycznej bułgaryzacji, czyli zatracania odrębności przez Macedończyków i upodabniania się do większego i ekspansywnego sąsiada. Od wschodu Bułgaria, od południa Grecja, od północy i zachodu dwa państwa albańskie – jedynie na północy wąski pas łączy Macedonię i Serbię. Ale przecież obecnie Serbia sama jest zbyt osłabiona, by stanowić jakiekolwiek oparcie.
To wszystko skłania do zasadniczego pytania, czy nie tylko Macedonia zachowa integralność terytorialną, ale w ogóle czy przetrwa jako państwo. Taki ewentualny rozpad byłby kolejnym po Kosowie precedensem – tyle że jeszcze bardziej niebezpiecznym.