Słucham właśnie “Tristana i Izoldy”, jednego sztandarowych dzieł niemieckiego neoromantyzmu. Recepta na (neo)romantyzm jest znana, motyw “ludowy” (tu celtycki, ale częściej są germańskie, “narodowe”), ubrany w pompatyczną formę, z wielką orkiestrą, wspaniałą harmoniką, słynną wagnerowską “niekończącą się melodię”.
Ale czy słyszał ktoś z Was kiedyś niemiecki folk? Taką autentyczną niemiecką muzykę ludową? Ja, nie. Może gdzieś istnieje w jakichś niszach, ale na pewno nie ma tej popularności co folk bałkański, rosyjskie dumki czy polskie kolędy. Z drugiej strony Niemcy (i Austriacy – na ogół zresztą pochodzenia niemieckiego lub z pogranicza) przynajmniej od XVII wieku mieli najlepszych kompozytorów muzyki tzw. poważnej.
Oczywiście można to zbyć na zasadzie przypadku – ot Mozart urodził się w Salzburgu, a Chopin w Żelazowej Woli, a obaj byli kosmopolitami. Przypadków jednak nie ma (zwłaszcza że podobne wyniki da porównanie z innych dziedzin sztuki), a różnica jest przejawem szerszych doświadczeń historycznych Słowiańszczyzny w stosunku do zachodnich sąsiadów.
Można twierdzić, że Germanie to tacy poważni ludzie, intelektualiści, chłodni jak tworzą kulturę, to przez duże K i wszystko z precyzją szwajcarskiego zegarmistrza. A Słowianie spontaniczni, żywiołowi, więc muzyka też taka – a formą, stylem nie bardzo się przejmowali. To byłoby jednak zbyt duże uproszczenie, bo globalna wartość kultury słowiańskiej wcale nie jest mniejsza.
Przyczyny są moim zdaniem głębsze, mianowicie różny układ społeczny, różne doświadczenia organizacji społeczeństwa. U Słowian niejako “pierwotnym” sposobem organizacji była wieś, a następnie opole. Słowianie jako lud osiadły wykształcili charakterystyczny ireniczny styl życia “na łonie natury”. Ludzie mieszkali razem, warstwy bogatych i biednych oczywiście były, ale nieoddzielone murem. Sprzyjało to kształtowaniu wspólnej kultury – bez sztucznych podziałów na kulturę “zamku” i “wsi”.
Na zachodzie praktycznie od VIII wieku dominował system feudalny. Skomplikowana drabinka wasali od króla począwszy, a na chłopie skończywszy. Warstwy były wyraźnie oddzielone, hierarchiczne. Kultura była praktycznie tylko w “zamku”, poza nim była kulturalna pustynia.
Oczywiście w średniowieczu tzw. pełnym recypowano germańskie wzorce i w państwach słowiańskich. Różnice były jednak zasadnicze:
- większa ilość szlachty, a więc poszczególni drobni szlachcice (gołota) nie odbiegali majątkowo bardzo od wsi
- brak książąt udzielnych
- magnateria odwołująca się do ludu, “klientów”, schlebiająca gustom powszechnym
- wspólne gospodarstwo (folwark), a więc stały kontakt wsi z dobrodziejem
- charakterystyczna architektura dwór zamiast zamku, dwór jest częścią wsi, zamek nie
- na poziomie ogólnokrajowym dużo większa demokratyzacja w porównaniu do (zwłaszcza pruskiego, ale nie tylko) autorytaryzmu.
To w Polsce, w innych krajach słowiańskich charakterystyczny był natomiast brak własnej państwowości i wynarodowienie elit. Zatem elity narodowe bezpośrednio wywodziły się z ludu i wśród ludu narodowa kultura się przechowała. Tak było przez kilkaset lat u Czechów, Słowaków, Słowian południowych. Nawet Ruś i Polska przez pewien czas były pod obcym panowaniem.
To odcisnęło piętno na kulturze. Kultura Słowian jest bardziej zintegrowana, rozpowszechniona, ludowa, choć pewnie mniej “wysoka” niż kultura Niemców. Za to Niemcy poza wielkimi artystami mają raczej pustynię, a jeśli chcemy sięgnąć po coś ludowego z Niemiec najlepiej sięgnąć po wysmakowane pieśni pewnego urodzonego w Czechach kompozytora pochodzenia żydowskiego.
grudzień 9, 2008 o 5:33 pm |
polecam Dąbrowiejskiego (J v. Eichendorff) w przekładach ks. Szymika albo Iłłakowiczówny. to porządna poezja , która weszła do obiegu i dziś funkcjonuje jako pieśni ludowe do dobrej muzyki.
tak po drodze, to, co dziś uważamy za muzyke poważną, kiedyś było rozrywkową. nie tylko sztrałs ale i szopę
grudzień 10, 2008 o 10:49 pm |
Eichendorff to pogranicze (jeszcze można polecić mało znane w Polsce, choć znane na zachodzie “Z życia nicponia”), natomiast za muzykę “narodową” (w sensie szkół narodowych) trudno uznać coś tylko dlatego, że zostało napisane do mniej lub bardziej ludowego tekstu. Czy ostatnia pieśń Ryszarda Straussa – jak najbardziej do słów Eichendorffa właśnie – to ma być ten niemiecki folk?
Jeśli przyjmiemy (co nawiasem mówiąc oczywiste wcale nie jest), że Chopin to kompozytor muzyki niepoważnej, tym bardziej potwierdzałoby to, o czym piszę.
Naturalnie granica była płynna. Wiele utworów Mozarta czy Haydna było w owym czasie traktowanych typowo rozrywkowo.