Znamy już więc rozstrzygnięcie – prezydentem pozostanie szef Partii Demokratycznej, Boris Tadić. Komentatorzy prześcigają się w „ulgach”, „proeuropejskich decyzjach”, „przyszłościach” – prawda jest trochę bardziej brutalna.
Proeuropejskie władze i ludzie pokroju Tadicia rządzą Serbią (a wcześniej Jugosławią) od ponad 7 lat. Od tamtego czasu Serbowie utracili Czarnogórę, nie odzyskali kontroli nad Kosowem i praktycznie za darmo wydali tzw. zbrodniarzy wojennych trybunałowi w Hadze. Serbia pozostaje mimo to krajem izolowanym, ponad jej głowami podejmuje się decyzje o losie jednej z jej prowincji. Jedynym mocarstwem, które (choć raczej mało szczerze) wyciąga rękę do Serbii, jest Rosja. Światełka (a raczej tylko błyskotki) nadziei pojawiają się ze strony zachodu dopiero, gdy istnieje ryzyko zmiany tzw. prozachodniego kursu w Belgradzie. Czy mamy łudzić się, że oferty zniesienia wiz czy szerszego otwarcia, nie mówiąc już o włączeniu Serbii w proces decyzyjny odnośnie przyszłości Kosowa, pozostaną aktualne także po wyborach?
Szczerze w to wątpię, bo gdyby się tak miało stać, to już by się stało. Boris Tadić nie jest przecież nowym prezydentem i to nie osoba Nikolicia była przeszkodą. Wszystko pozostanie więc po staremu.
Czy należy wobec tego odbierać porażkę Nikolicia jako porażkę Serbii? Też niekoniecznie. Serbia Tadicia nie jest jakimś specjalnym sukcesem, ale przynajmniej wiemy, jaka jest. Serbii Nikolicia nie znamy, byłaby ona wielką niewiadomą, byłaby szansą, ale i ryzykiem większych napięć na Bałkanach. Na pewno nie byłaby natomiast decyzją o „izolacji Serbii”. Taką decyzję podjęły już bowiem dawno państwa zachodnie, niezależnie od tego, kto rządzi w Belgradzie.