Jest przed wieczorem, sobota, spaceruję wzdłuż Wiener Philharmoniker-Gasse, przechodzę obok inwentaryzowanego właśnie Kollegien Kirche, z kościoła dochodzi muzyka. Tak, znam słyszałem setki razy przecież. Mozart – zresztą kogóż innego można usłyszeć w Salzburgu? I nawet słowa – …et tibi reddetur votum in Jerusalem… – choć te raczej pamiętam niż słyszę, bo nawet słuchając dobrego wykonania ich się nie słyszy wyraźnie. Wszystko skupione na sztuce, pięknej formie, najpiękniejszej chyba z całej sakralnej twórczości Mozarta, ale sens zostaje gdzieś w tle, w tyle, zapomniany.
Nie tylko zresztą w muzyce z Kollegien Kirche. Wszystko dawno tu zatraciło sens, treść, została forma. Spacerując od godziny nie mogę znaleźć informacji, w którym kościele jest poranna msza. Kościoły są jest na każdym praktycznie placu – podszedłem już chyba do dziesięciu, ale informacje na tablicach są głównie o koncertach. Choć odbywają się w nich regularnie nabożeństwa, nie ma o tym informacji na drzwiach – tylko u Franciszkanów. Kościoły są kościołami, ale sprawia się na zewnątrz wrażenie, że to tylko sale koncertowe. Takie stylowe, przy tym duże, z dobrą akustyką – idealne filharmonie… Parę kroków dalej widać budynki festiwalowe, ale dla każdego przecież przybysza koncert w kościele to co innego niż w pudełkowatym budynku z pierwszej połowy XX wieku. Cóż jednak szkodzi umieścić choćby skromną tabliczkę „msza o 8.30”. Może wstyd? Chęć pokazania się postępowym? Nieurażania niekatolickich turystów? Sądzę, że to objawy pewnej ciężkiej choroby, choć ta nie jest do końca zdiagnozowana i przede wszystkim nienazwana.
Wreszcie znajduję – salzburska ulotka „ekumeniczna”. O mszach niestety ani słowa – tylko „Gottesdienste”. Ale „Gottesdienste” to w zasadzie wszystko – jutrznia, msza, nieszpory, litania…
Zobaczymy jutro. Na razie odchodząc słyszę jeszcze piękną muzykę… Dla Mozarta owo słynne KV 626 było kolejnym zamówieniem, kolejną muzyką sakralną. Treść była gdzieś skryta i mało brana pod uwagę. Dziś poetycko stwierdzamy, że „Mozart napisał Requiem na własny pogrzeb”, choć pisząc je o tym nie wiedział. Dla muzyków w Kollegien Kirche to też po prostu kolejne wykonanie, a tekst pewnie nawet nie wszyscy śpiewacy rozumieją. Ale w istocie grają już na pogrzeb – nie swój indywidualny, ale zbiorowy. Czyj? O tym już niedługo, choć łatwo chyba się domyślić…
listopad 15, 2007 o 7:22 pm |
> Ale w istocie grają już na pogrzeb – nie swój indywidualny, ale zbiorowy. Czyj?
No właśnie, jeśli nie na swój, bo to nie “ich” wartości to czyj? Ale przecież duża część, jeśli nie większość, będzie pochowana na cmentarzach, w tradycyjny rzymsko-katolickiej. Nie rozumiem współczesności, po prostu nie rozumiem.
listopad 18, 2007 o 6:44 pm |
Forma może być nawet tradycyjna (choć coraz więcej ludzi życzy sobie “rozsypania prochów na cztery strony świata” itp. ekstrawagancji), ale raczej chodzi o treść. Zresztą przez “nie swój” rozumiałem, że nie chodzi o pogrzeb tej czy innej części, ale raczej już całości (”nie swój indywidualny, ale zbiorowy”).