Wotum nieufności dla Topolanka – nowe perspektywy dla Czech i UE

marzec 24, 2009 - autor: rozum

Przed kilkoma godzinami czeski parlament przegłosował wotum nieufności dla rządu Mirka Topolanka. Obok opozycyjnych socjaldemokratów i komunistów, wniosek poparło czterech byłych posłów koalicji ODS-chadecy-zieloni. Rząd padł 1 głosem.

Co do szczegółów politycznej awantury odsyłam do bieżącej prasy. Pomijam kwestię możliwego wpływu zewnętrznego, co narzuca się umysłowi, ale na co nie mam żadnych dowodów. Zajmę się więc podsumowaniem rządu Topolanka i perspektywami, jakie stwarza jego dymisja – dla Czech i dla UE, której Topolanek wciąż formalnie jest przewodniczącym.

Topolanek został premierem 3 lata temu, zastąpił socjaldemokratę Jirziego Paroubka. Był to jeden z najbardziej prawicowych, skutecznych i rozsądnych rządów UE. Topolanek jednoznacznie opowiadał się za gospodarką rynkową, jego wiary w skuteczne mechanizmy wolnorynkowej gospodarki nie zachwiał też ostatni kryzys. Efektem był głośny spór z prezydentem Francji, Nicholasem Sarkozym o stosowanie protekcjonizmu. Warto zauważyć zresztą, że Topolanek sprawę rozegrał bardzo zręcznie, nie powołując się na czeskie (czy wschodniounijne) interesy, ale na zasady Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską. Dobre rozumienie pozytywnych stron UE – do takich należą wolny handel i niezakłócanie konkurencji – nie przeszkadzało mu w dobrych stosunkach z USA. Topolanek był jednym z autorów porozumienia czesko-amerykańskiego w sprawie tarczy antyrakietowej.

Na niniejszym blogu poświęciłem jego rządowi fragment jednego z wpisów – o skandalicznych praktykach niemieckiej policji po wejściu państw słowiańskich do strefy Schengen. Topolanek jako jedyny z przywódców tych państw nie bał się negatywnie i ostro skomentować nasilenia kontroli przeciw obywatelom swojego kraju. Gdy chodziło o interesy Czech i Czechów nie liczyła się dla niego groźba “co powiedzą na zachodzie”.

Może właśnie dlatego tak podpadł lewicy? Oficjalnie powodami dymisji są nieradzenie sobie z kryzysem (Czechy w porównaniu z innymi państwami radzą sobie całkiem nieźle – a że innymi metodami niż keynesistowskie? może właśnie dlatego…) i rzekomy eurosceptycyzm. Jest to zarzut zupełnie nieuzasadniony. Topolanek – w przeciwieństwie do prezydenta Klausa – jest zwolennikiem UE, a nawet Traktatu Lizbońskiego.

Opozycja wolała jednak postawić na swoim i odwołać premiera mimo, że ten jest przewodniczącym Rady UE. Z punktu widzenia zarówno Czech, jak i UE jest to działanie całkowicie nieodpowiedzialne. Podważona zostaje wiarygodność Czech w polityce międzynarodowej. Ze względu na precedensowy charakter, ucierpieć może także reputacja samej Unii. Dotychczas przejęcie przewodniczenia odbywało się płynnie i przewidywalnie. Teraz np. Barack Obama przyjedzie rozmawiać z…? No właśnie z kim? Z “p. o. przewodniczącego UE”?

Ale i z punktu widzenia lewicy jej zachowanie nie musi przynieść dobrych skutków. Owszem, pozbyli się prorynkowego rządu i mają szansę w najbliższym czasie na objęcie władzy – jakiś rok wcześniej niż normalnie by mieli. O ile oczywiście wyborcom spodoba się taki styl dochodzenia do władzy. Ale na razie de facto przekazali więcej realnej władzy Vaclavowi Klausowi. Teraz właśnie prezydent Czech może powołać rząd i sprawdzić czy uzyska on poparcie parlamentu. Jeśli – a wiele na to wskazuje – nie będzie on i tak miał większości, ale na skutek odpowiedniego wydłużenia procedur będzie mógł przetrwać do końca czeskiej prezydencji, nie jest wykluczony wariant, w którym Vaclav Klaus, polityk konserwatywny i poza tym autentycznie eurosceptyczny, powoła własny, jeszcze bardziej prawicowy gabinet.

Już gabinet Topolanka – wolnorynkowy i energiczny – był dla UE przez te kilka miesięcy ożywczym szokiem. Teraz – mimo pozornie przerwania takiej polityki – jest szansa na szok jeszcze większy.

Niemiecka prasa sugeruje dziś możliwość powołania także “ponadpartyjnego rządu fachowców” – przy poparciu Klausa, przynajmniej części ODS i socjaldemokratów. Rząd taki miałby zacząć “walczyć z kryzysem” i doprowadzić spokojnie do nowych wyborów. Jak jednak w praktyce miałoby to wyglądać? Klaus i czescy socjaldemokraci mają różne poglądy na traktat lizboński czy rozmiar udziału sektora publicznego w zwalczaniu kryzysu – a to sprawy najbardziej dziś palące. Podobnie jest z euro czy polityką społeczną. Poza tym jaki interes miałby Klaus w oddawaniu przynajmniej części władzy lewicy? Dlatego taki wariant nie wydaje mi się realny.

Romantic dreams

marzec 16, 2009 - autor: rozum

‘I understand very well. He is romantic.’

Tymi słowami Stein podsumował przydługą opowieść Marlowa o Lordzie Jimie. Jednym magicznym słowem. Co ono oznacza? Niewątpliwie, niejedno ma imię.

Z jednej strony mamy romantyzm jako epokę. Początek XIX wieku, przechodzą po całej Europie wojska Napoleona i jego sprzymierzeńców, walcząc z siłami aliantów. Obie strony budzą uczucia narodowe w kolejnych państwach, wspierając się głośnymi już krytykami oświecenia – Heinem czy Schillerem. Dla obu stron swoje wspaniałe dzieła tworzy Ludwig van Beethoven, najwybitniejszy kompozytor późnego klasycyzmu.

Tak jak Beethoven stworzył podwaliny pod romantyzm w muzyce, a Schiller w literaturze, tak budzenie narodowych uczuć i cała ta napoleońska burza dała wreszcie początek romantyzmowi w historii. Burzliwej epoce, w której były powstania, wzniosłe hasła, mierzenie sił na zamiary, spektakularne sukcesy i wielkie upadki. Romantyzm, który w kulturze oddają obrazy Delacroix i mit faustowski wskrzeszony przez Goethego.

Ale romantyzm ma też inne znaczenie, znacznie szersze. Romantyczny, czyli uczuciowy, nastrojowy. Taki jak nokturny Chopina. Jego lepiej niż Faust wyraża Małgorzata.

Jest też romantyzm Conrada. Ma w sobie coś z tych dwóch, ale w gruncie rzeczy nic z obu. Jim nie jest ani burzliwy, ani nastrojowy. Jest tylko cierpiącym indywidualistą.

Wydaje się więc, że to słowo tak już zużyte i wieloznaczne, że nigdy nikt nas już nie zaskoczy jego użyciem. Czy słusznie?

* * *

Poniedziałkowy wieczór, jedna z reprezentacyjnych sal uniwersytetu w Salzburgu. Miasta romantycznego najwyżej w znaczeniu “nastrojowe”, miasta barokowych kościołów i rokokowych pałaców, które w czasach romantyzmu zaczęło podupadać wskutek odebrania przez Napoleona jego arcybiskupowi władzy politycznej. Jednak i tutaj można mieć romantyczne marzenia…

Profesor van den H*** swoje wystąpienie poświęcił pracom nad ujednoliceniem prawa cywilnego w Europie. Mówił, że jeden kodeks byłby jak sos bolonese, niby boloński i wszędzie taki sam, a tak naprawdę inaczej smakujący w każdym mieście. Tak samo więc wspólny kodeks byłby inaczej interpretowany i stosowany, bo różne są tradycje, różne przyzwyczajenia i różny sposób myślenia. Na koniec jednak zaznaczył, że ma nadzieję, że za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, nie będzie już trzeba uczyć się dwudziestu kilku systemów prawa cywilnego, bo będzie jeden europejski kodeks cywilny. Profesor van den H*** określił to mianem “romantic dream”.

Marzenie to zaiste oryginalne, choć coraz powszechniejsze w pewnych kręgach prawników-komparatystów (najwyraźniej w kręgach bardziej znużonych, bo nie byłoby komparatystyki prawniczej bez różnic i różnorodności…). Niemniej jednak określenie go mianem “romantic dream” po prostu zdumiewa.

Czasy romantyzmu to m. in. obudzenie uczuć narodowych. Sięgania do własnych tradycji, własnej kultury, historii, dziedzictwa – także prawnego. Uzyskania niezależności przez kraje takie jak Grecja czy Belgia – skąd zresztą prof. van den H*** pochodzi. W Niemczech to także historyczna szkoła prawa, czyli sięgnięcie także po narodowe tradycje prawne, w ramach sprzeciwu wobec narzucanego kodeksu Napoleona – w założeniu twórców jednego kodeksu cywilnego dla całej Europy.

Kiedyś romantyczna była walka o wolność, poszukiwanie własnego dziedzictwa – a dla innych spacery przy księżycu czy niepohamowany indywidualizm. Dziś romantyczny jest europejski kodeks cywilny.

Euro-szarlataństwo

marzec 4, 2009 - autor: rozum

Nie lubię używać słowa, czy fragmentu słowa ”euro” w jakimś złym kontekście. Europa to kontynent, na którym zrodziła się cywilizacja, kontynent, który ma najwspanialszą kulturę, najbardziej intelektualnie zaawansowane prawo, gdzie przypuszczalnie żyje się najlepiej.

No ale czasem nie ma wyjścia. Tak jest w przypadku właśnie szarlataństwa, z jakim mamy do czynienia przy okazji obecnego tzw. kryzysu.

Pomijam pytanie czym jest obecny kryzys, czy ma charakter walutowy, finansowy, czy to naprawdę poważna recesja. Mam swego rodzaju przewrotne zaufanie do jednego z byłych prezesów NBP (tak, tego, który był też dwa razy ministrem finansów), a więc jeśli on mówi, że to nic poważnego, to przypuszczam, że dołek będzie głębszy i że jeszcze nie sięgnęliśmy dna.

W każdym razie kryzys jest chorobą. A na chorobę trzeba lekarstwa, ale też trzeba odpowiedniej terapii, która czasem musi trochę potrwać. Na pewno nie jest jednak tak, że istnieją jakieś magiczne środki, które jak ręką odjął przywrócą organizm czy gospodarkę do zdrowia. O istnieniu takich środków zapewniać nas mogą głównie szarlatani. Tym razem w roli czarodziejskiego specyfiku umieścili euro.

Dowiadujemy się więc, że bez euro nie byłoby kryzysu. Nie wiadomo co prawda dlaczego kryzys nie ominął Irlandii, dlaczego w poważnych tarapatach są Francuzi czy Hiszpanie, Austriacy muszą nacjonalizować banki, a ukochane UniCredito (ktoś pamięta jeszcze jakże zachwalano ten bank w czasach prezesury wiadomej osoby w NBP?) jest na skraju niewypłacalności – choć we wszystkich tych krajach jest euro. Bez euro nie byłoby złowrogich kredytów w obych walutach i opcji walutowych. Kredyty są zazwyczaj we frankach szwajcarskich, a opcje operują np. na kursie jena do euro, ale nic to. Szarlatan takich rzeczy śmiertelnikom nie musi wyjaśniać, bo oni przecież nie posiedli tajemnej wiedzy.

Ale przechodząc do szczegółów. Euro wprowadziły z państw słowiańskich na razie Słowenia i Słowacja. Każdy może sam sprawdzić, czy krajów tych kryzys nie dotknął. Więcej nawet – dzięki wprowadzeniu euro to Słowacy przyjeżdżają do Polski i Czech na zakupy. Ale na to akurat szarlatani mają odpowiedź – winne są temu Polska i Czechy, bo nie wprowadziły euro.

Niekiedy jednak znajdziemy ciekawszą analizę, która odwołuje się do faktów, a nie słów-zaklęć. Taki jest wczorajszy komentarz z Daily Telegraph.

Teodycea

styczeń 17, 2009 - autor: rozum

Blog nie był odnawiany od listopada, a jako że wpis listopadowy był raczej refleksyjny niż bieżący, praktycznie od września.

W międzyczasie sporo się wydarzyło. Sarkozy był przewodniczącym Rady UE. Obama został prezydentem USA. Czechy objęły przewodnictwo Unii. Słowacja przyjęła euro. Rosja i Ukraina znowu pokłóciły się o gaz. Świat zorientował się, że jest kryzys gospodarczy (w Polsce w odpowiednich radiostacjach można było usłyszeć to już od lipca 2007…). I wiele, wiele innych, które mi teraz nie przychodzą do głowy, a które jakoś dotyczą naszych państw słowiańskich.

Wszystko trzeba będzie skomentować, zaczniemy od tego co najdalej - czyli chyba pan Obama, zwłaszcza że w najbliższych dniach będziemy świadkami jakiejś pseudo-bizantyjskiej szopki. We wpisie dotyczącym wojny gruzińsko-osetyjskiej zasugerowałem, że stosowanie brudnych chwytów w czasie kampanii wyborczej może się źle skończyć. No i się dla Republikanów skończyło, tak samo jak brudną kampanią w 2005 Tusk wyeliminował jednego przeciwnika, ale z kolejnym przegrał (i to samo zrobił Kaczyński w 2007…). Ale o polskim bagienku miałem nie pisać.

Wracamy więc na bagienko amerykańskie. Kim jest pan Obama? Genialnym prawnikiem? Charyzmatycznym liderem? Mistrzem pustosłowia? Kolesiem terrorystów? Nie wiem. W ogóle o nim nic pewnego nie wiadomo, a liczne fakty nie układają się w spójny obraz. Nie wiadomo nawet czy ma porządne obywatelstwo amerykańskie. Wiadomo też, że ma w większości kwestii poglądy (przynajmniej jak na USA) wściekle lewicowe. Pierwszym, radykalnym przykładem może być FOCA. Nic dobrego to Ameryce nie wróży.

Czy mamy jednak napisać, że to “koniec cywilizacji białego człowieka”? Nie, bo Obama jest w takim samym stopniu białym, co Murzynem. Więc zamiast odwołać się do Kiplinga (którego jak się okazało przy okazji sprawy posła Górskiego nikt nie kojarzy…), sięgnijmy raczej do mistrzów europejskiej myśli politycznej – św. Augustyna i Josepha de Maistre’a. Na trudne czasy nie ma nic lepszego niż lektura klasyków.

“Państwo Boże” św. Augustyna jest reakcją na zniszczenie przez Wandalów Rzymu. Biskup Hippony nie ma wątpliwości, że to bicz Boży za grzechy i ogólny rozkład moralny późnego, schyłkowego Rzymu. Co do takiego samego charakteru rewolucji francuskiej – będącej karą za dengrengoladę moralną schyłkowego królestwa – nie ma złudzeń Joseph de Maistre.

Dziś znów mamy epokę schyłkową. Znów mamy moralny rozkład. Dość powiedzieć, że w USA wykonuje się dużo więcej aborcji niż w tej “zlewaczałej” Europie, nawet w takich krajach jak Holandia czy Francja. I znów mamy obalenie jakiegoś mitu – kiedyś to był spokój wieczego miasta, potem monarchizm i legitymizm, dziś biała Ameryka. Zawsze spadał jednak dopust Boży. Nie ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, jak słusznie zauważa św. Paweł. Nawet jeśli władza posługuje się tłumem, który za nowego boga wybrał produkt marketingowy. Amerykę czekają ciężkie czasy, ale widać tak miało być. Na tym polega właśnie teodycea.

Co to oznacza dla nas? Niekoniecznie coś złego. Poza Czechami, inne państwa regionu nie przejawiały i tak nadmiernej chęci współpracy z administracją Busha, a ona sama kompromitowała się np. poparciem niepodległości Kosowa. W takiej sytuacji względny izolacjonizm USA uchroni nasze rządy przed robieniem przykrości i zniechęcaniem tego państwa. Być może kiedy inny styl powróci do Białego Domu, nie będą dzięki temu rozczarowani polityką jaka mogłaby być teraz. Ale to także nowe wyzwania. Nie będzie już wystarczało zadzwonić o pomoc do Waszyngtonu, trzeba będzie samemu dbać o swoje sprawy. Najlepiej robić to wspólnie, a czeska prezydencja stwarzać może do tego świetne warunki. O tym już niedługo.

Media vita in morte sumus

listopad 1, 2008 - autor: rozum

…Quem quaerimus auditorem nisi te, Domine,

qui pro peccatis nostris iusta irasceris.

Sancte, Deus, sancte fortis

Sancte misericors Salvator,

amarae morti ne tradas nos.

 

Dziś ta antyfona pochodząca jeszcze z VIII w. jest dla Europejczyków niezrozumiała. Śmierć w środku życia. Podobnie niezrozumiała jest dziś retoryka muzyczna jej pięknego XVI-wiecznego opracowania autorstwa Orlanda di Lasso. Muzyka opisująca śmierć zamiast żałobnych tonów pełnych skargi znanych choćby z Lassowskich “Łez św. Piotra”, łagodnie wznosi się, jakby dążyła do nieba. Podobnie niezrozumiałe są pełne spokoju żałobne kantaty Jana Sebastiana Bacha, takie jak “Gottes Zeit ist die allerbeste Zeit” czy “Lass Fürstin, lass noch einen Strahl”.

Podejście do śmierci znacznie zmieniło się od tego czasu. Choć śmierć wcale nie jest – bo statystycznie być nie może – rzadsza, to myśl o niej jest odsuwana, na krótką refleksję pozwala jej się tylko w takie dni jak dzisiejszy. Kiedyś zresztą dzień radosny - Uroczystość Wszystkich Świętych zastąpiono “świętem zmarłych”. I choć był to jedynie kolejny produkt komunistycznej nowomowy mający zasłonić religijny wymiar święta, to większość ludzi tak właśnie do tego podchodzi i zapomina, że za wszystkich zmarłych (a nie wszystkich świętych) modlimy się jutro.

Nie tylko zresztą w Polsce. W Europie także dawno zapomniano o tradycyjnym, wielowiekowym podejściu do śmierci jako końca życia, końca naturalnego i nieuniknionego. Zepchnięto ją gdzieś na margines, spróbowano wyśmiać, ale w rzeczywistości jednak podświadomie ogarnęła ona umysły ludzkie poprzez strach. To co pisał Hobbes o motywach ludzkiego działania choć niekoniecznie prawdziwe wtedy, dziś niewiele odbiega od rzeczywistości.

Przy podejściu do śmierci jako czegoś nieuchronnego możliwe było traktowanie jej serio, a jednocześnie nie bano się jej na tyle, by uniemożliwiało to konieczne działanie. Dzięki temu możliwe było bohaterstwo pod Poitiers, Lepanto czy Wiedniem. Ze współczesnym podejściem możliwe jest zastraszenie 40 milionów ludzi potencjalnym zagrożeniem życia przez jeden zamach terrorystyczny.

Stajemy w obliczu starć naszej cywilizacji z cywilizacjami, które albo życie ludzkie mają za nic jak ci ze wschodu dalszego albo śmierć traktują jak codzienność jak ci z bliższego. Przy uchylaniu się od refleksji czym jest nasze życie i czym się kończy, nasza porażka jest nieunikniona. Pamiętajmy o tym choćby dziś i jutro.

Słowenia w rękach postkomunistów

październik 7, 2008 - autor: rozum

Prawie rok temu pisałem o nowym prezydencie Słowenii. Nie były to oczywiście uwagi pochlebne, choć przyznać trzeba, że zgodnie z moimi skromnymi nadziejami – obyło się bez wyskoków właściwych poprzedniemu.

Ostatnio jednak – już ponad dwa tygodnie temu – odbyły się w Słowenii kolejne wybory, tym razem parlamentarne. Wynik był zbliżony do wyborów prezydenckich – mianowicie klęskę odniosła rządząca centroprawica, a niebywały sukces postkomuniści. Bardzo to niepokojące, bo przejęli oni praktycznie całą władzę w tym małym kraju.

Słowenia jest najbogatszym krajem spośród państw postkomunistycznych oraz spośród tzw. Nowej Europy – czyli krajów, które przystąpiły do UE i WE już w XXI wieku. Z czego wzięło się bogactwo? Trudno to jednoznacznie i prosto wytłumaczyć. W europejskiej literaturze określa się czasem Słowenię mianem „pilnego ucznia Unii”. Ale to niczego nie wyjaśnia, implementacja unijnego prawa i unijnych reguł gospodarczych następowała też w innych krajach środkowej Europy, nawet tak sceptycznie wobec UE nastawionych jak Czechy czy Serbia. Może chodzi o mentalność? Owszem, Słoweńcy należą do ludzi „otwartych na świat” – ale to raczej różni ich od wielu mieszkańców zachodniej Europy, choćby sąsiednich Austriaków. Od mieszkańców zlaicyzowanych krajów zachodniej UE dzieli ich także dość powszechny katolicyzm. Nigdy nie było też – i pewnie długo jeszcze nie będzie – „świetnych na wszystko” liberalnych wynalazków typu podatek liniowy czy jednomandatowe okręgi wyborcze.

Często zwraca się uwagę na dotychczasowe rządy, ich umiarkowanie i rozsądek. To oczywiście prawda. Rzadko jednak zwraca się uwagę na nieobecność w dotychczasowych rządach partii jawnie postkomunistycznych. Nawet jeśli politycy „z przeszłością”, to nie na czele rządów, dominującą po lewej stronie sceny politycznej (a długo także w ogóle w Słowenii), była partia lewicowo-liberalna, ale z demokratyczną genezą, jeśli przypominająca coś w Polsce, to raczej UW niż SLD. Teraz będzie inaczej – zarówno Danilo Türk, prezydent, jak i Borut Pahor, premier-elekt, to politycy postkomunistyczni. Również skład parlamentu nie pozostawia wątpliwości. Największa jest partia socjalistyczna, druga w kolejności centroprawica, niemiłą niespodzianką jest trzecie miejsce nowo powstałej partii Zares (secesjonistów z Liberalnej Demokracji Słowenii). Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że to kolejna partia liberalna, wszelkie wątpliwości rozwiewa chyba fakt udzielenia jej poparcia przez Slawoja Żiżka, który innym razem deklaruje się otwarcie jako „marksista” i „komunista”. Dotychczas współrządząca partia katolicka nie znalazła się w parlamencie. Cieszyć może chyba jedynie kiepski wynik titoisty Zmago Plemencicia.

Doświadczenia rządów postkomunistycznych w innych krajach nie napawają optymizmem. Leszek Miller, choć miał kilka sukcesów międzynarodowych, uczynił Polskę folwarkiem aferzystów. Premier Węgier wpędził swój kraj w recesję, a bułgarski omal nie doprowadził do cofnięcia krajowi unijnych funduszy. Najbiedniejszym krajem UE pozostaje Rumunia – gdzie po efektownej egzekucji Ceauşescu, postkomuniści rządzili najdłużej. Teraz to samo będą przerabiać Słoweńcy.

Wybory odbyły się też w sąsiedniej Austrii. Co nie dziwi, sukces osiągnęli tzw. nacjonaliści, czym Europa oczywiście jest jak zawsze „zszokowana”. Tym się jednak tu nie zajmuję, jest tylko jeden ciekawy wątek „słowiański”. FPOe, główna partia „nacjonalistów” uzyskała bardzo dobry wynik wśród „nowych Austriaków”, czyli głównie naturalizowanych Słowian. Dlaczego? Np. dlatego, że Heinz-Christian Strache, lider tej partii oficjalnie potępił powstanie niepodległego Kosowa, spotkał się także z jednym z serbskich biskupów, by wyrazić poparcie dla tego opuszczonego przez innych kraju. Oczywiście takich tematów oburzone europejskie media raczej nie podejmują, nie pasowałyby do starannie kształtowanego obrazu oszołoma-ksenofoba-faszysty. Choć oczywiście z niektórymi punktami programu FPOe trudno się zgodzić, a partia ta raczej nie wejdzie do austriackiego rządu, wyniki takie cieszą, pokazując przeciwskuteczność nieuzasadnionego straszenia „oszołomami”. To daje cień nadziei, że kiedyś i w krajach postkomunistycznych narody przestaną się przejmować tym, „co powiedzą zagranicą”.

Pomarańcze już zupełnie zgniły

wrzesień 8, 2008 - autor: rozum

Kto dziś pamięta tę histerię, te wszystkie pomarańczowe szaliki, chusty, czapki, wstążki? Kto pamięta podniecenie, ciągłe “dyskusje” ograniczające się do powtarzania medialnych komunikatów? Kto pamięta byłego, ówczesnego i przyszłego Prezydenta RP w jednym chocholim tańcu z wrzaskiem U kra ina? Wiktor! Tak! Szczenewmerła! Demokracja! To była pieśń! Pięćdziesiąt tysięcy, sto tysięcy, pół miliona! Wieści o zgromadzonych na majdanie zawierały coraz to większe liczby, a ludzi ogarniało coraz większa gorączka, choć mróz ruscy zsyłali coraz większy.

Dziś prawie cztery lata. Kilka razy rozpadła się koalicja, dwa razy były wybory, zmieniali się ministrowie, były kolejne afery, wieczna karuzela. Nie zmieniło się nic. Nacjonaliści ukraińscy jak znieważali Polaków, tak czynią to nadal, korupcja jak była tak jest, wody jak nie było tak nie ma, a Ukraina jest równie daleko od UE jak wtedy. Wpływy kapitału rosyjskojęzycznego pewnie jeszcze wzrosły. Teraz będą kolejne wybory, za rok prezydenckie, w których Juszczenko nawet nie wejdzie do drugiej tury. Pomarańcze zgniły i już tylko śmierdzą.

Polska to wszystko dyplomatycznie przegrała. Przeliczyła się oczekując stabilnego partnera, a spotkała się z państwem, które jest na zupełnie innym etapie, które nie dorosło do nowoczesności. Czy to znaczy, że o Ukrainie należało zapomnieć czy pozostawić ją samą sobie? Zdecydowanie nie. Złe jednak wybrano środki.

Błędem pierwszym było traktowanie walki wyborczej na Ukrainie jako walki ideologicznej, w której wspieramy jedną “słuszną” ideologię przeciw innej “niesłusznej”. Pomijając często niepraktyczność takich założeń w prowadzeniu polityki międzynarodowej, tym razem zupełnie źle odczytano sytuację. Potwierdziły to kolejne wybory. Janukowicz zawsze wygrywał (dostając ok. 80-90%!) w okręgach, które przed powstaniem Chmielnickiego były rosyjskie lub tatarskie. Na terenach które wtedy należały do Rzeczpospolitej Obojga Narodów Juszczenko i Tymoszenko dostawali też ok. 80-90%, przy czym Juszczenko wypadał lepiej na terenach byłych Austro-Węgier, Tymoszenko na pozostałych. Nie są to granice przypadkowe, na poszczególnych terenach mieszkają po prostu inni ludzie, inne grupy etniczne, mówią innymi językami, chodzą do innych kościołów, mają różną historię.

Widać więc gołym okiem, że głosujący nie kierowali się ideologią, poglądami czy wizją państwa, ale przynależnością. Ugrupowania na Ukrainie są więc niejako plemienne. Dość powiedzieć, że członkowie partii Janukowicza w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy częściowo zasilają grupę złożoną m. in. z PiS i brytyjskich konserwatystów, a częściowo grupę socjalistów. Podobne szpagaty robią członkowie BJuTy (socjaliści lub liberałowie), a sam Juszczenko zdążył w swojej karierze być już komunistą, kuczmistą, a teraz opiera się na banderowcach. Prywatnie ponoć konserwatywny liberał, więc w sumie brakuje mu na koncie chyba jeszcze tylko anarchosyndykalisty.

Jak z kimś takim trzeba rozmawiać? Jak rozmawiać z krajem targanym plemiennymi (choć na szczęście odbywającymi się tylko w parlamencie) walkami? Przede wszystkim – rozmawiać z władzami kraju, a nie poszczególnymi watażkami. Partnerem dla nas – Polaków, ale także Czechów czy Słowaków, a wreszcie UE - musi być cała Ukraina, a nie jakiś -uk, -enko czy -owycz. Bo tylko Ukraina jako całość jest dla nas atrakcyjna biznesowo, politycznie, strategicznie. Do czasu dość rozsądne stanowisko prezentował w tamtych sprawach człowiek, o którym mam zdanie złe i który na tejże Ukrainie przy pewnym incydencie zupełnie się skompromitował – Aleksander Kwaśniewski. Ale do czasu. A potem było już tylko gorzej, choć byłem pod wrażeniem jak udaje się Stefanowi Mellerowi i Annie Fotydze utrzymać poprawne stosunki z ekipą Janukowicza, który akurat mógł mieć do nas spore pretensje. Ale to były tylko poprawne stosunki.

Dziś już ponosimy konsekwencje błędnej polityki przez ostatnich kilka lat. Ze “strategicznego sojuszu” z Ukrainą nie mamy nic. Kiedy za rok porażka wyborcza zmiecie Juszczenkę będzie być może wrogość. Wyciągnijmy już dziś z tego lekcję.

Niepoprawne refleksje o wojnie

sierpień 26, 2008 - autor: rozum

Oczywiście jest – czy też była, ale w takich sprawach nic nie jest pewne póki trwają i jakiś czas potem – wojna, więc wypada coś napisać. Naturalnie nie mam na to specjalnej ochoty, tyleż byłoby tematów ciekawszych, bliższych terytorialnie, uczuciowo czy kulturowo. Ale ten temat jest po prostu zbyt istotny.

Nie jest to jedna z takich wojen, czy też szerzej jeden z takich sporów politycznych, w których – jak by to ujął Joseph Conrad – for political, religious or romantic reasons – bylibyśmy całym sercem po jednej stronie. Nie jest to wojna, w której jedni całkiem mają rację, a inni całkiem jej nie mają.

Z jednej strony Abchazja i Osetia – z drugiej Gruzja. Cóż z jednymi nas łączy lub też z drugimi. Obce, dalekie, kaukaskie kultury, obie chrześcijańskie – choć prawosławne, obie dalekie od dziedzictwa zachodniego, nawet jego „pośredniej” ze wschodnim dziedzictwem formie słowiańskiej. Kraje te w naszej historii odgrywały rolę znikomą, niezależnie od tego jak bardzo dziś będzie się przypominać „oficerów kontraktowych” w Wojsku Polskim. Oczywiście pomnik najbardziej znanego Gruzina do dziś góruje nad głównym miastem ostatniego teatru działań wojennych, ale na to spuśćmy zasłonę milczenia.

Tyle o kulturach walczących bezpośrednio. Teraz przenieśmy się na wyższy poziom i spytajmy o konkrety, geopolitykę, dyplomację. Tu oczywiście zapomnijmy o tych małych narodkach i ich trudno wymawialnych przywódcach, a zatrzymajmy się na głównych sprawcach – USA i Rosji. W naszym dobrze pojętym interesie leży bycie dobrym sojusznikiem USA, choć pewnie Rosja kulturowo czy językowo jest nam bliższa. Poza tym, w naszym dobrze pojętym interesie jest wspierać zwycięzcę. Tę wojnę wbrew pozorom wygrywają Gruzja i USA. Nie militarnie, trudno zresztą przewidywać by mały kraj wygrał militarnie z krajem 140-milionowym, lecz propagandowo, dyplomatycznie i politycznie. Tak samo jak Rosja przez cały XIX wiek górowała nad wojskami Porty, ale dyplomatycznie wszystko przegrywała, bo tę wspierali Anglicy. Wreszcie, w bloku z Rosją są Niemcy – także w tej wojnie – doświadczenie również XIX-wieczne uczy, że w takim bloku Polska mogłaby służyć najwyżej za przejście graniczne na drodze z Petersburga do Berlina.

Dlatego rozumiem i doceniam zachowanie prezydentów Polski, Francji, Ukrainy, Łotwy, Litwy i Estonii i ich wsparcie dla Gruzji oraz Saakaszwilego. To był dobry krok – nie tyle nawiasem mówiąc dobry dla Gruzji, co właśnie dla tych krajów.

Ale ponieważ ten blog nie był i nie będzie tubą propagandową interesów państwowych choćby wbrew faktom, kilka kwestii zupełnie niedostrzeganych w szerszym dyskursie. Nawiasem mówiąc zawsze mnie zastanawia, jak to rozemocjonowanie jakimiś wydarzeniami zawsze odbiera obiektywny osąd nawet osobom zupełnie w to niezaangażowanym. Zresztą o to pewnie chodzi w propagandzie.

Na początek – przyczyny. Dobrych kilkanaście lat temu była już taka wojna. Mniej lub bardziej formalne ustalenia pokojowe były takie – Abchazja i Osetia pozostają częścią Gruzji, ale nie ma tam gruzińskich wojsk, porządku pilnują „międzynarodowe” wojska rosyjskie. Na początku sierpnia Saakaszwili postanowił to zmienić, wprowadzając wojska do Osetii. Ewidentne jest, że to właśnie on – a nie Miedwiediew i Putin bezpośrednio są odpowiedzialni za awanturę na Kaukazie.

A kto jest odpowiedzialny pośrednio? Oczywiście reguły taktyki kryminalistycznej każą zadać pytanie qui prodest? Na wojnie oczywiście najbardziej zyskała republikańska administracja w Waszyngtonie. Do lipca nie szło – polski rząd w obraźliwy wręcz sposób traktował amerykańską ofertę w sprawie tarczy, a John McCain tracił bardzo dużo do Barracka Husejna Obamy. Dziś wszystko jest odwrócone, McCain nawet jeśli jeszcze wyraźnie nie prowadzi, to straty wyrównał, a umowa z rządem pana Tuska jest już podpisana. Naturalnie lepiej dla świata, USA i Polski, by wybory wygrał konserwatysta, a nie podejrzanych konotacji pseudoliberał, lepiej też by istniała ochrona przed różnego pochodzenia rakietami, ale moralnie prowadzenia w tym celu wojny nie można ocenić pozytywnie. Historiozofią się tu nie zajmuję, ale bicz Boży potrafi sprawić niezłe cięgi.

Nawet jeśli p. Rice i cała jej wielce „kompetentna” ekipa nie wydała Saakaszwilemu polecenia wejścia do Osetii, to i tak przyczyniła się do tych wydarzeń stwarzając na wiosnę precedens kosowski. Sytuacja była tam analogiczna – Kosowo pozostaje częścią Serbii, ale nie ma tam serbskich wojsk, są „międzynarodowe” – głównie amerykańskie. Ciekaw zresztą jestem, co pani Rice i wszyscy inni przerażeni „rosyjskim barbarzyństwem” sądzą na temat amerykańskich nalotów na Jugosławię w 1999 r. „Agresja na suwerenny kraj”? „Złamanie prawa międzynarodowego”? „Niedopuszczalne stosowanie siły w polityce międzynarodowej”?

Potem Amerykanie uznali niepodległość Kosowa, dziś Rosja uznaje niepodległość Abchazji i Osetii. Nihil novi sub sole.

Wtedy uzasadniano to „cywilnymi ofiarami”. Identycznie uzasadnia to Rosja. Oczywiście w mediach polskich czy większości zachodnich (paradoksalnie najbardziej obiektywne czy przynajmniej pluralistyczne wydają się być tym razem media niemieckie) są wyłącznie ofiary gruzińskie, a dla radia „Voix de Russie” (także w niemieckojęzycznej wersji „Stimme Russlands” – i pewnie w każdej innej) wyłącznie osetyjskie. Dla każdego choć trochę inteligentnego obserwatora jest oczywiste, że wojna to nieuniknione – choćby przypadkowe – ofiary. Z obu stron. Jeśli jednak prawdą jest, że Gruzini przy wejściu do Osetii uśmiercili ok. 2 tys. cywilów (w praktyce w 1-2 dni), to podpadałoby to oczywiście pod ludobójstwo. W Srebrenicy nie było wiele więcej.

Oczywiście można spojrzeć od drugiej strony. Rosja sama krytykowała inwazję na Jugosławię, teraz robi to samo, można przedstawić równie liczne racje za Zachodem. Nie ma tu jednak racji, są interesy.

Skutki? Będą dalekosiężne. Nigdy jeszcze Rosja i Europa nie były tak skonfliktowane. Nigdy jeszcze – od czasów upadku ZSRR – stanowiska USA i Europy nie były w kwestii rosyjskiej tak zbieżne. Nigdy jeszcze od tamtego czasu opinia europejska nie była tak jednoznaczna w swej krytyce. A to wyznacza nowe sojusze i nowe linie podziału – być może nowego podziału zimnowojennego.

Missa Salisburgensis

sierpień 9, 2008 - autor: rozum

Czytelnicy wierni i z dobrą pamięcią z pewnością odnajdą w tytule nawiązanie do jednego z pierwszych wpisów, o poszukiwaniach porannej mszy w Salzburgu. Czytelnicy-melomani znajdą raczej tytuł jednej z najwspanialszych kompozycji polichóralnych, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa autorstwa największego kompozytora, który umarł w tym pięknym mieście na pograniczu austriacko-niemieckim.

 

Żeby nikogo nie zawieźć, będzie o jednym i o drugim, o Salzburgu barokowym i Salzburgu współczesnym. Z jednej strony więc przepych, z drugiej pustka. Jest 8:30, niedziela rano, idę przez Kapitelplatz, między wzgórzem z potężną twierdzą Hohensalzburg i potężną katedrą św. Ruprechta. Katedrą, która odbudowana po II wojnie, swoje zniszczenia zawdzięcza właśnie twierdzy, którą bombardując, alianci rozburzyli także katedrę. Przechodzę pod arkadkami łączącymi Kapitelplatz z Domplatz i już mogę wejść do kościoła. Wedle ulotki ekumenicznej, ma być „Gottesdienst”. Choć z tyłu, z odległości circa 100 metrów mimo nagłośnienia niewiele słychać nawet ze specyficznego akcentu kapłana nie mam wątpliwości, że trafiłem na Mszę św.

Pamięć oczywiście odlecieć może w przeszłość, w wiek XVII i XVIII, kiedy rządzony przez biskupa Salzburg był świadkiem prawykonań wspaniałych dzieł Bibera, Michała Haydna, a wreszcie Leopolda i Wolfganga Mozartów. Jednym z tych dzieł była oczywiście słynna Missa Salisburgensis, która wobec polichóralnej techniki (53-głosowa) wymagała ogromnej obsady, ustawionej w całej świątyni. Wróćmy jednak do rzeczywistości. W całym kościele nie tylko nie uzbierałaby się spośród wiernych obsada do wykonania Biberowskiego arcydzieła, ale katedra wręcz wypróżnia się na czas nabożeństw, bo wychodzą wtedy turyści.

Różnica nie tylko zresztą w ilości, ale i jakości. Nie ma już tego przepychu, a przepych samej świątyni raczej tylko przeszkadza w rozchodzeniu się dźwięku. Komunię wszyscy przyjmują na rękę (choć na klęczkach), czemu – by nie naruszać jedności znaków w zgromadzeniu – posłusznie się dostosowuję. Niestety po takiej Mszy można być raczej przybitym niż nabrać duchowych sił na kolejny tydzień…

Tydzień później. Mając więcej czasu, idę na 10:30, ale już do Franciszkanów. Na Haffner-Gasse (tak, tak – to ten sam zasłużony mieszczanin Siegmund Haffner od serenady i symfonii Mozarta) oczekuję na wyjście wiernych z jutrzni. Ku mojemu zaskoczeniu, z kościoła wysypują się całkiem spore tłumy, choć kościół to – w porównaniu przynajmniej z katedrą – niewielki. Może to taki lokalny zwyczaj, że nie chodzi się do katedry, ale do innych kościołów? Wreszcie można wejść do środka. Wnętrze jest jasne, dzięki pięknej, słonecznej pogodzie pięknie oświetlony jest wspaniały sufit, główna atrakcja świątyni. Po miłym zaskoczeniu, zaskoczenie niemiłe. W samym kościele ludzi jest niewiele tylko więcej niż w poprzedni tydzień w katedrze.

Dziwne? Być może… Wyjaśnienie jest jednak dość proste. Na jutrzni cały czas ładnie śpiewają i „wrażenia estetyczne” pewnie większe. Tak oto barokowy Salzburg znalazł swoją karykaturę – piękno i przepych, które niegdyś miały zachęcać do pozostania przy katolicyzmie wobec ofensywy chłodnego luteranizmu, dziś stały się celem samym w sobie, przerabiając kościoły w sale koncertowe, nawet na formalnych nabożeństwach. Co też daję do przemyślenia wszystkim moim Czytelnikom, którzy zaliczają się do tzw. tradersów. Niewątpliwie na Mszach w Waszym ukochanym rycie ładniej śpiewają i nikt nie brzdąka na gitarze. Pytanie czy chodzi o coś więcej czy sam przepych formy nie stanie się celem samym w sobie.

A Biber? Ma gdzieś tabliczkę w mało widocznym miejscu, treści mniej więcej tej „W tym domu żył i umarł kompozytor H. I. F. Biber. Ufundowało Towarzystwo im. Michała Haydna”. I tyle zostało z barokowego Salzburga…

Srebrenica, Katyń, Wołyń…

lipiec 22, 2008 - autor: rozum

Nikt znający historię środkowej Europy obok nazw tych nie może przejść obojętnie.

Srebrenica to stare słowiańskie miasto, wzmianki o nim pochodzą już z XIV wieku, aż do XVIII wieku były tam bogate kopalnie srebra eksportowanego potem przez Dubrownik, stąd też nazwa. Miasto leży gdzieś w połowie drogi między Belgradem a Sarajewem, niegdyś bardziej serbskie, w 1991 było już w ¾ muzułmańskie, w ¼ serbskie.

Katyń to wieś w okolicach Smoleńska, który w XVI i XVII wieku był świadkiem pamiętnych walk polsko-rosyjskich. Okolica mocno zalesiona, starą, niezniszczoną, starożytną puszczą, przez środek której przebiega dziś granica Białorusi i Federacji Rosyjskiej.

Wołyń to żyzna równina na pograniczu polsko-rusińskim, ale też z wpływami węgierskimi (Arpadzi) i osiedlami czeskimi i niemieckimi.

Wszystkie te miejsca łączy oczywiście nie tylko położenie na pograniczu różnych narodów słowiańskich czy bycie świadkami ich długoletnich kontaktów. To także miejsca, gdzie historia ta w obliczu wojennych zawieruch XX wieku znalazła tragiczny finał w zbrodniach ludobójstwa.

Zbrodnie te były w różny sposób i w różnym stopniu zaplanowane, ale żadna nie była jakimś spontanicznym ruchem, buntem, chwilowym wzburzeniem. W każdej wystąpiła brutalna, cynicznie użyta siła. W każdej był też na pewno jakiś element prowokacji ze strony przeciwnej, która ostatecznie stała się ofiarą.

Różnie też zbrodnie te funkcjonują w świadomości świata. W stosunku do Srebrenicy występuje swoisty kompleks zachodu. Nic dziwnego, zbrodnia była możliwa wyłącznie dzięki temu, że ustanowione tam oenzetowskie oddziały do ochrony cywilnej ludności zachowały się zupełnie biernie, a ich holenderski dowódca tchórzliwie. Skwapliwie, jakby w nadziei na oczyszczenie własnego zbiorowego sumienia ściga się (oczywiście tylko serbskich) winowajców. O Katyniu zachodnie elity pewnie słyszały, ale czasem wolą nie słyszeć. W 2005 r. ówczesny przewodniczący Parlamentu Europejskiego hiszpański José Borrell odmówił uczczenia ofiar tej zbrodni przez parlament, gdyż – jak twierdził „nie mamy zwyczaju czczenia tragicznych wydarzeń” – choć kilka tygodni wcześniej PE uczcił ofiary Auschwitz. A Wołyń? O nim wolą nie pamiętać nawet Polacy. Na niedawnych uroczystościach 65. rocznicy nie było nikogo z wysokich władz państwowych, a w przesłanym liście Prezydent RP jak ognia unika słowa „ludobójstwo”. Raczej nie należy marzyć o ukaraniu winnych ani zbrodni katyńskiej, ani wołyńskiej.

W Srebrenicy zginęło (wedle oficjalnych szacunków) 8 tys. ludzi, w Katyniu 19 tys., na Wołyniu 60 tys. O Srebrenicy mówi cały świat, o Katyniu niektórzy, o Wołyniu prawie nikt…

Zbrodnie były, zbrodniarzy nie ma

lipiec 4, 2008 - autor: rozum

Tak rzekł haski trybunał.

Tym samym i tak już wyraźnie jednostronna i stronnicza proporcja skazanych przed nim weteranów wojny jugosławiańskiej stanie się jeszcze bardziej rażąca. Dowodzący srebrenickimi Bośniakami Naser Orić został w odwoławczej rozprawie uniewinniony z wszelkich stawianych mu zarzutów, jest to wyrok ostateczny, a poprzedni – skazujący Oricia na relatywnie niewysoką karę – anulowano.

Zadziwia przekazywane w mediach uzasadnienie. Sąd nie miał bowiem wątpliwości co do tego, że wobec Serbów zamieszkujących okolice Srebrenicy dopuszczano się zbrodni. Ale to wg sędziów nie wystarcza do przypisania winy Oriciowi – przywódcy grupy z Serbami walczącej… Zbrodnie były, zbrodniarzy nie ma.

Jeszcze dalej szły komentarze samych Bośniaków. Ich zdaniem różne “grzeszki” wobec Serbów to nie były zbrodnie, a “walka o życie”, działo się to przecież “w czasie wojny”.

Oczywiście te stwierdzenia są prawdziwe, w Jugosławii była krwawa wojna, w której walczono nawet o życie. Ale to samo czynili Serbowie ścigani przez haski trybunał – Miloszewicz, Karadzić, Mladić. I także oni są przez sporą część swojego narodu uważani za bohaterów, tak jak Orić.

Nie chcę być źle zrozumiany. Nie można wybielać zbrodni bałkańskich, obojętnie kto je popełniał, Serbowie, Bośniacy Holendrzy czy Amerykanie. Ale niestety w Hadze uznano, że nie jest to takie obojętne…

W Austrii burza, w Europie cisza

czerwiec 27, 2008 - autor: rozum

Wczorajszą burzę nad stadionem w Wiedniu transmitowano na cały świat, a na pewno na całą Europę. Nie zmieniła wyniku meczu, choć na pewno była efektowna.

Ale o innej wiedeńskiej burzy, już nie piłkarskiej, lecz politycznej – cicho. Dowiedzieć się można o niej jedynie z prasy austriackiej, 3 największe dzienniki – Kurier, Standard i die Presse poświęcają jej sporo miejsca. Z zagranicznych – jedynie wydawana w pobliskiej Bawarii Süddeutsche Zeitung. A sprawa jest niebagatelna, bo dotyczy całej UE.

Przywódcy współrządzącej Austrią partii socjaldemokratycznej (SPÖ), w tym kanclerz Gusenbauer, wydali oświadczenie, w którym zasugerowali możliwość (wręcz potrzebę) przeprowadzenia w Austrii referendum w sprawie traktatu lizbońskiego. W Austrii zapanowała konsternacja. Prounijna współrządząca chadecja (ÖVP) i zieloni oskarżyli socjaldemokratów o “jarmarczne” i “populistyczne” zachowanie. Centroprawicowy, wspierający ÖVP dziennik die Presse, postraszył nawet koalicją “czerwono-białą”, czyli SPÖ z FPÖ i BZÖ, czyli otwarcie eurosceptycznymi, kojarzonymi z tzw. skrajną prawicą (a niegdyś Jörgiem Haiderem).

Oczywiście to w dużym skrócie, ciekawych spraw krajowych odsyłam do artykułów w austriackiej prasie, ważny jest jednak tego kontekst europejski. Austria jest po Irlandii kolejnym krajem, który mógłby przeszkodzić zaplanowanej misternie przez brukselskie elity ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Wbrew zapewnieniom unijnych przywódców, że “nic się nie stało” 2 tygodnie temu w Irlandii czy aroganckim wypowiedziom Valéry’ego Giscarda d’Estaing, że głosem obywateli Irlandii nie należy w ogóle się przejmować, stało się i to sporo. W krajach sceptycznie nastawionych do UE – a Austria jeśli wierzyć sondażom, na które powołują się socjaldemokraci ma najbardziej eurosceptyczne społeczeństwo w całej Wspólnocie – doszło do swego rodzaju przebudzenia. Przykład małej Irlandii, która potrafiła się przeciwstawić ogromnej machinie pokazał, że dalsza integracja nie jest wcale nową “dziejową koniecznością” i że wcale nie jest akceptowana przez Europejczyków.

Znamienne jest także, że na oświadczenie takie zdobyli się politycy lewicowi, socjaldemokratyczni. Choć można mieć zastrzeżenia do momentami rzeczywiście populistycznej retoryki (pełnej “zmian klimatu” i “bezpieczeństwa socjalnego”), nie sposób nie przyjąć takiego stanowiska z zadowoleniem. Pokazuje to, że oprócz rządu sąsiedniej Słowacji, także w innych krajach możliwe są nieszablonowe rządy lewicowe. W jednym ze wstępnych postów blogu napisałem, że nie wszyscy lewicowcy to koniecznie internacjonalistyczni maniacy. To się potwierdza. Choć swoje sympatie polityczne sytuuję raczej na drugim biegunie, to rozsądek w jakiejkolwiek formacji bardzo mnie cieszy.

Inna sprawa, czy rzeczywiście SPÖ jest dużo bardziej lewicowe od ÖVP (podobnie laubourzyści Browna/Blaira od torysów Camerona czy Fianna Fail od Fine Gael). Podział lewica-prawica być może odchodzi do przeszłości. W Polsce jak się wydaje już odszedł – gdyż ani PiS, ani PO nie są typowo prawicowe czy lewicowe. Taka sytuacja zamazanych podziałów każe spoglądać z uwagą na każde państwo, traktując je jako indywidualny przypadek – bez schematycznego myślenia.

Kolejnym krajem, którego władze wyraziły sceptyczny stosunek wobec dalszych prac nad traktatem lizbońskim były Czechy. Na Vaclava Klausa (skądinąd zadeklarowanego konserwatystę) zawsze można liczyć, o czym pewnie uważni czytelnicy mojego blogu dobrze wiedzą, więc stanowisko czeskie tylko wspominam.

Irlandia mistrzem Europy!

czerwiec 16, 2008 - autor: rozum

Kilka dni temu wreszcie odbyło się referendum w sprawie traktatu lizbońskiego. Nieco mimo wszystko niespodziewany sukces przeciwników “reform” stał się faktem, Irlandczycy bezpieczną przewagą i przy dużej frekwencji odrzucili traktat. Czy był on korzystny dla samej Irlandii można dyskutować – choć waga ich głosu minimalnie się zwiększy, to nie utracą stałego komisarza, nie będą też brali udziału we wspólnych siłach zbrojnych, co pozwoli im zachować tradycyjną neutralność. Do tego dochodzą kwestie ekonomiczno-finansowe i tu nie rozwodząc się nadmiernie także należy przyznać rację przeciwnikom traktatu.

Przede wszystkim jednak traktat był niekorzystny dla Europy i dlatego bardzo dobrze, że został odrzucony. Niektórych cieszy już sama symbolika – jedyny kraj w którym unijna biurokracja zmuszona była zgodzić się na referendum i prztyczek w nos. Tak się starali, tak kombinowali jak nigdzie nie poddać tego pod głosowanie, żeby się nie powtórzyły wyniki z 2005 roku z Holandii i Francji – a tu mały kraj na rubieżach Europy i tak na to nie pozwolił.

Sprawę traktować trzeba bardziej poważnie. Zahamowano – przynajmniej na krótki okres – dalszą momentami szaleńczą intensyfikację integracji. Z drugiej strony, taki rezultat odsuwa w czasie dalsze poszerzenie wspólnoty, co dla wschodnich rubieży UE – a więc krajów słowiańskich, wcale nie musi być korzystne. Ale nie musi być też złe – zawsze należy sobie bowiem zadać pytanie, czy np. Ukraina lub Kosowo są gotowe do wejścia do UE. Zresztą nawet wejście w życie traktatu lizbońskiego rozszerzenia nie gwarantowało, jedynie umożliwiało w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Konstytucję europejską w nowej formie należy więc chwilowo odstawić do lamusa, konstytucję ma za to Kosowo. Nie wczytywałem się w nią dokładnie, ale sądząc z informacji jakoby odpowiadała życzeniom Ahtisariego, nie należy się w tym tekście spodziewać ani nic dobrego, ani ciekawego.

Trwają oczywiście mistrzostwa Europy. Krajom słowiańskim idzie różnie – szczególnie przykra była wczorajsza porażka Czechów, eliminująca ich z turnieju. Teoretyczne szanse awasu ma jeszcze Polska, całkiem spore Rosja, a w ćwierćfinale od paru dni jest Chorwacja. Mistrzostwa pochłaniają sporo miejsca w świadomości europejskiej i niebiorąca w nich udziału Irlandia była jakby w cieniu. Dodatkowo przyczynił się do tego niespotykany w obecnych czasach zupełny brak sondaży exit-polls. A szkoda, bo mimo spektakularności piłkarskich rozgrywek, to właśnie irlandzkie referendum było najważniejszym dla naszej części Europy wydarzeniem w tym roku. Dlatego mistrzem Europy roku 2008 będzie naród irlandzki, niezależnie od tego, kto wygra w piłkę.

Jak rozbić kolejne państwo?

czerwiec 3, 2008 - autor: rozum

W niedzielę odbyły się wybory parlamentarne w najmniejszym państwie słowiańskim, zapomnianej nieco Macedonii. Macedonia była najmniejszą – obok Słowenii – republiką byłej Jugosławii, najmniej znaną, najmniej kojarzoną. Jedynie nazwa przypomina wielkie starożytne imperium Aleksandra Macedońskiego. Zamieszkała w większości przez ludność prawosławną, jednak nieuważającą się za Serbów, pozostawała na uboczu. Przy rozpadzie Jugosławii pokojowo się odłączyła i najdłużej pozostawała z dala od walk. Dziś jest w centrum wydarzeń.

Wybory wygrała centroprawicowa koalicja, z bogatymi tradycjami sięgającymi jeszcze walki z Portą. Bardziej jednak niż programy czy różnice z przegraną lewicową koalicją, istotne są reakcje świata na wybory. Oczywiście podczas wyborów doszło do incydentów. Kogoś pobito, co najmniej jedną osobę zastrzelono, gdzieniegdzie w charakterystyczny dla muzułmanów sposób „świętowano” wejście mniejszościowych partii albańskich do parlamentu wystrzałami. Trudno jednak powiedzieć, by wyniki samych wyborów zostały przez to wypaczone.

Ale jednak… Zaniepokojenie incydentami wyraziło szereg organizacji międzynarodowych, w tym UE. To zrozumiałe, nie ma się przecież z czego cieszyć. Jeśli już jest demokracja, to niech się to odbywa w cywilizowany sposób. Bardziej niepokojące są oświadczenia amerykańskie i albańskie, które to państwa domagają się unieważnienia wyborów w częściach kraju, gdzie doszło do incydentów. Przyczyny?

Oczywiście, nie można być naiwnym. Centroprawica rządziła już poprzednio, ale w jej ramach była też mniejszość albańska. Po ogłoszeniu niepodległości Kosowa zaczęła grupa ta zgłaszać kolejne żądania, których ostatecznym rezultatem byłaby bardzo szeroka autonomia, a w przyszłości być może nawet scenariusz kosowski. Macedończycy powiedzieli non possumus, co doprowadziło do wcześniejszych wyborów, które wygrała rządząca koalicja – ale już bez udziału Albańczyków. Jeśli będzie większość (to wisi na włosku, ale jest prawdopodobne) to oznacza oczywiście fiasko wygórowanych żądań albańskich.

Nie tylko finał obmyślono sobie po kosowsku, ale i środki. Stąd też agresywne akty przemocy – często (choć nie tylko) z albańskiej strony – bo w końcu przemoc popłaca, i można z listy organizacji uznawanych przez CIA za terrorystyczną zostać rządzącą siłą w nowym państwie. Jest też wsparcie USA.

Oczywiście bardzo to wszystko źle wróży Macedonii. Problem inspirujących się Kosowem Albańczyków (w znacznej części gościnnie przyjętych uchodźców z czasów konfliktu kosowskiego w 1999 r.) nie jest jedyny. Nazwa państwa jest pretekstem do niechęci Greków – którzy uważają ją za pretensję wobec ich prowincji Macedonii oraz zawłaszczanie dziedzictwa Macedonii starożytnej. Jest wreszcie problem kulturowej i politycznej bułgaryzacji, czyli zatracania odrębności przez Macedończyków i upodabniania się do większego i ekspansywnego sąsiada. Od wschodu Bułgaria, od południa Grecja, od północy i zachodu dwa państwa albańskie – jedynie na północy wąski pas łączy Macedonię i Serbię. Ale przecież obecnie Serbia sama jest zbyt osłabiona, by stanowić jakiekolwiek oparcie.

To wszystko skłania do zasadniczego pytania, czy nie tylko Macedonia zachowa integralność terytorialną, ale w ogóle czy przetrwa jako państwo. Taki ewentualny rozpad byłby kolejnym po Kosowie precedensem – tyle że jeszcze bardziej niebezpiecznym.

Czy rusałki to Słowianki?

kwiecień 22, 2008 - autor: rozum

Dziś 22 kwietnia. W dawnym ustroju uroczyście obchodzono w tym dniu urodziny Lenina. Dziś urodziny Donalda Tuska (tak, tak, to też dziś :) ) obchodzi się już skromniej, ogłoszono natomiast zamiast dnia Lenina Dzień Ziemi. Na przekór kolejnym głupim dniom zajmę się innym żywiołem – wodą – i słowiańskimi wyobrażeniami z nim związanymi.

Rusałką nazywamy bliżej nieokreśloną istotę żyjącą w wodzie, antropomorficzną, w przeciwieństwie jednak do syren, antropomorficzną w całości. Rusałki kiedy pojawiały się na lądzie przybierały postać pięknej kobiety, nie odróżniającej się zewnętrznie od kobiet ludzkich. Sporadycznie rusałki mogły żyć w trawach czy lasach, generalnie jednak żyły w wodzie.

Naturalnie Słowianie nie byli jedynymi, których głębia, niedostępność stojących wód poruszała. Szkoci w Loch Ness trzymają potwora, a po fińskich jeziorach pływają tajemnicze łabędzie. Rusałki wydają się być jednak pomysłem typowo słowiańskim, trudno bowiem w kulturze innych krajów odnaleźć takie zagęszczenie stworów wodnych. W tych znowu kulturach, gdzie to bardziej powszechne (Grecja) nie przybierały one kształtu rusałek. Z niesłowiańskiej kultury na myśl przychodzi mi jedynie „lady of the lake”, znana z legend arturiańskich, potem ujęta w poemat przez sir Waltera Scotta.

Geneza rusałek niknie w mroku słowiańskich pradziejów. Wydaje się, że były częścią ludowych wyobrażeń pogańskich, które jednak zachowały się do naszych czasów w bardzo okrojonej formie wskutek szybkiej chrystianizacji w X i XI wieku. Żadna fala neopogaństwa, czy to bunt Masława czy reakcja na Pomorzu na początku XII wieku (ostatnia na większą skalę), nie pozostawiły po sobie trwałych śladów kulturowych. Rusałki znikają ze sceny i trwają w zapomnieniu, w niepublikowanych i nieznanych ludowych wierzeniach, aż do początków wieku XIX.

Wiek XIX jest wielkim renesansem takich ludowych wyobrażeń, a jednocześnie wprowadza rusałki do kultury dziś powiedzielibyśmy „wysokiej”, do pełnowartościowej literatury. Wspomnieć należy powszechnie znane Polakom Goplanę i Świteziankę. Znamienne, że nie są określane jako rusałki, ale mają nazwy własne, pochodzące od geograficznych nazw jezior. Już bardziej bezimiennie występują w znanych i mniej znanych operach.

Pierwszą jest Undine Ernsta Teodora Amadeusa Hoffmana z 1814 roku (rusałka to po francusku ondine, a po niemiecku właśnie Undine). Może być pewnym zaskoczeniem, że pisząc o Słowianach nagle wspominam niemieckiego kompozytora. Ale to nie przypadek, ETA Hoffman, wielki teoretyk romantyzmu i kompozytor-hobbysta pewną część życia spędził na anektowanych przez Prusy terenach Polski – na Mazowszu i w Wielkopolsce. Niewykluczone, że Undine jest inaczej opisaną Goplaną.

Kolejną mało znana opera Rusałka Aleksandra Dargomyżskiego, kompozytora rosyjskiego zaliczanego do szkoły narodowej, a więc hołdującego ideałom słowianofilskim.

Bardziej znanym twórcą podejmującym ten temat był Mikołaj Rimski-Korsakow, przedstawiciel tzw. Potężnej Gromadki – grupy rosyjskich kompozytorów czerpiących wątki z ludowego-narodowego (w rosyjskim jest jedno słowo narod) folklorze. Rusałki pojawiają się już w Nocy majowej z 1880 r., ale na szczególną uwagę zasługuje najwspanialsza opera kompozytora, czyli Sadko z 1896 r., gdzie rusałka z Jeziora Pskowskiego także się pojawia.

Identyczny tytuł jak opera Dargomyżskiego nosi najbardziej chyba znane dzieło operowe Antonina Dvořáka (1900), oparta na baśni Erbena i Němcovej. Uczciwie jednak powiedzieć trzeba, że Dvořák znacznie lepiej radził sobie w muzyce orkiestrowej i kameralnej.

Jak widać tematyka rusałek pojawia się w operach kompozytorów słowiańskich, w dodatku tych zaliczanych do „szkół narodowych”, a więc tych, którzy chcieli widzieć swą sztukę jako wyraz narodowych uczuć, sztukę wyróżniającą się ze zdominowanej wtedy przez Niemców muzyki „ogólnoeuropejskiej”. Pokazuje to, jak bardzo słowiańskim tworem są rusałki. To element naszej kultury, szkoda, że o nim zapominamy, a do wód wrzucamy jakieś śmieci zwane „marzannami”. Dobrze, że tylko raz w roku i że nie w Dzień Ziemi.

Wybory, NATO, Bułgaria…

kwiecień 13, 2008 - autor: rozum

Odpuściłem ostatnio trochę wydarzenia bieżące, a dzieje się sporo.

Przede wszystkim, wybory. Nie te dzisiejsze, włoskie (bardzo ciekawe, ale o nich pisał nie będę), ale zeszłotygodniowe – czarnogórskie wybory prezydenckie. Spodziewanym zwycięzcą został już w I turze Filip Vujanović z rządzącej socjaldemokratycznej partii DPS, będącej w prostej linii dziedziczką Komunistycznej Partii Jugosławii. Urodzony, co dość ciekawe w Belgradzie, Vujanović jest w polityce od 1993 roku, wcześniej (za komuny) był sędzią, potem uczestniczył w krajowym rządzie czarnogórskim, w promiloszewiczowskim gabinecie Djukanovicia. Gdy Djukanović został prezydentem Czarnogóry, Vujanovicia mianował premierem. Kiedy Miloszewicz został zmieciony przez przewrót pod wodzą Kosztunicy, oczywiście Djukanović i Vujanović szybko zmienili front na prozachodni.

Kolejne miejsca zajęli Andrija Mandić, reprezentujący mniejszość serbską, niezależny opozycjonista Nebojsza Medojević i Srdan Milić z konkurencyjnej partii “socjalistycznej” (choć to raczej lewica typu Ryszard Bugaj - bardziej konserwatywna obyczajowo i przychylna raczej centroprawicy niż komunistom). Wynik wyborów jest konsekwencją specyficznego systemu partyjnego w Czarnogórze, gdzie dominująca jest w zasadzie tylko DPS, dzięki przejęciu struktur, infrastruktury i środków partii komunistycznej. Serbowie, choć otrzymują relatywnie dużo głosów, to jednak są mniejszością i nigdy wyborów nie wygrają, a inne partie mają duży problem z przebiciem się ze względu na brak środków. Oczywiście dla zachodu taki system jest bardzo wygodny, osoby kiedyś ulegające komunistom, dziś chętnie ulegają Brukseli – nie tylko przecież w Czarnogórze.

Drugim ważnym wydarzeniem jest szczyt NATO w Bukareszcie, a zwłaszcza poruszana tam kwestia przyjęcia Ukrainy i Gruzji do Sojuszu. Za jest przede wszystkim USA i Polska, ale też np. Bułgaria. Przeciw, co dość interesujące – Niemcy i Francja. O ile brak zainteresowania tradycyjnie prorosyjskiej Francji jest w pełni zrozumiały, o tyle sprzeciw Niemiec wymaga słowa komentarza. Niemcy – czy to jako państwo pruskie czy jako Cesarstwo – w zasadzie zawsze od XVII wieku używały karty rusińskiej do straszenia Polski i Rosji. Najpierw posyłali agentów, by podburzać Kozaków, potem w XIX-wiecznym Wiedniu wymyślono zamiast tradycyjnych Rusinów, Ukraińców i szachowano nimi Polaków w Galicji. Wreszcie przyszedł pierwszy traktat brzeski 9 II 1918, kiedy to Austria i Niemcy Ukraińskiej Republice Ludowej oddały kosztem Polski nie tylko cały Wołyń, ale i Chełmszczyznę. Wreszcie przyszły czasy II wojny światowej i niesławna kolaboracja ukraińskich nacjonalistów z nazistami. Jeśli dziś tak tragiczny dla nas w skutkach sojusz niemiecko-ukraiński poszedł tak dalece w niepamięć, że Niemcy nie chcą widzieć Ukrainy w NATO, może nas to tylko cieszyć. Tym bardziej powinniśmy wykorzystać to dla umocnienia naszej tam pozycji.

Naturalnie trzeba to robić mądrze. Z przyjęciem Ukrainy do NATO nie ma się co spieszyć, zwłaszcza że sami Ukraińcy nie są do tego przygotowani. Po drugie, na grząskim (nie tylko geograficznie) terenie ukraińskim trzeba poruszać się wyjątkowo ostrożnie. To kraj bardzo podzielony, niestabilny i bez rozwiniętych instytucji. To także kraj pełen antypolskich resentymentów. Nie jest dobrą metodą robić jakieś spontaniczne akcje na rzecz konkretnego polityka jak 3 lata temu, lepiej skupić się na inteligentnej dyplomacji i starać się utrzymać dobre stosunki z wszystkimi stronami ukraińskiej sceny politycznej.

Odnotować też trzeba wizytę bułgarskiego prezydenta Gieorgija Pirvanova w Warszawie. Ostatnio niektórzy w Polsce mają pretensje do Bułgarii, że zaangażowała się w South Stream, ale z drugiej strony jaka byłaby alternatywa dla Bułgarii? Obecnie takich nie ma, a jedyne co możemy zrobić to zamiast psioczenia im taką alternatywę stworzyć. Ostatnio zajmując się nie zawsze mądrą polityką wschodnią, zaniedbano południową. Efektem jest strategiczny jak się wydaje sojusz rosyjsko-bułgarski. Teraz najgorszą rzeczą byłoby z tego powodu obrazić się na Bułgarię, z którą oprócz spraw gazowych wiele nas nie dzieli, a łączyć mogą choćby wspólne interesy w UE. Zwłaszcza że Bułgaria zachowuje się rozsądnie, nie popiera Rosji bezmyślnie we wszystkim, czego dowodem jest przychylenie się do polskiego i amerykańskiego stanowiska w sprawie ukraińskiej i gruzińskiej.

Dwa cytaty o liberalizmie

kwiecień 2, 2008 - autor: rozum

W duchu tak pojmowanej miłości społecznej arcybiskup Feliński głęboko angażował się w obronę wolności narodowej. Potrzeba tego i dzisiaj, kiedy różne siły – często kierujące się fałszywą ideologią wolności – starają się ten teren zagospodarować. Kiedy hałaśliwa propaganda liberalizmu, wolności bez prawdy i odpowiedzialności nasila się również w naszym kraju, pasterze Kościoła nie mogą nie głosić jednej i niezawodnej filozofii wolności, jaką jest prawda krzyża Chrystusowego. Taka filozofia wolności ta jest istotowo związana z dziejami naszego narodu. (18 sierpnia 2002 r.)

Jak kiedyś wąż na pustyni ocalał Izraelitów, tak teraz obraz z napisem: „Jezu, ufam Tobie” ocala ludzi słabej wiary. Przez ten obraz Bóg objawia swe wielkie miłosierdzie. Z niego Jezus spogląda na nas, a my możemy spojrzeć w Jego oczy. Skoro Bóg wybrał obraz, to znaczy, że chciał, byśmy udoskonalili nasze spojrzenie, by ono było pełne zawierzenia!
Żyjemy w świecie kryzysu wiary. Konsumpcja, liberalizm, materializm praktyczny odcięły wielu chrześcijan od źródła miłosierdzia Bożego. Wszystkim odciętym grozi śmierć wieczna. Trzeba więc, aby spojrzeli na obraz Miłosierdzia i w tym spojrzeniu zawarli swoje pragnienie ocalenia i wolę życia wiecznego. Kryzys zaufania jest głęboki, bo dotyka nie tylko naszego odniesienia do Boga, ale utrudnia również odniesienia wzajemne.
(30 marca 2008 r.)

Te dwie wypowiedzi – Jana Pawła II i kardynała Dziwisza warto dziś przypomnieć. Są to bowiem słowa jak nigdy aktualne. Czym jest bowiem współczesny liberalizm? Co wiąże się obecnie z tą doktryną? W istocie chodzi tu nie o naiwną, optymistyczną filozofię szkockich ekonomistów z XVIII wieku, ale o akceptację permisywnego libertynizmu, z jakim mamy do czynienia na zachodzie. To były wypowiedzi o Polsce, ale problem jest w całej Europie. Widać doskonale, że Jan Paweł II i kardynał Dziwisz świetnie to dostrzegają. W kolejną rocznicę śmierci Papieża oddajmy im głos.

PS. Oczywiście wczorajszy wpis był żartem. Sport to sport i nie ma miejsca na polityczne układanki. Ale i tak wszyscy się przecież zorientowaliście.

Sojusz słowiański!

kwiecień 1, 2008 - autor: rozum

Na razie w piłce.

Oczywiście to informacja nieoficjalna, ale bardzo by cieszyła. Na czym by to miało polegać? Np. na tym, że reprezentacje Polski i Chorwacji będą się wzajemnie wspierać. Na ostatni mecz w grupie umówią się na grę w rezerwach, mecz bez kartek, a skupią się na walce z Austrią i Niemcami. Tym samym szanse na eliminacje odwiecznych wrogów Słowiańszczyzny rosną. Oczywiście dochodzi też współpraca sztabów, wymiana informacji o przeciwnikach czy doświadczeń.

Z pewnością to Slaven Bilić – trener Chorwatów –  był autorem pomysłu. Jego zasługi dla słowiańskiego futbolu to już choćby wyeliminowanie Anglików – na korzyść Rosji. Miłym zaskoczeniem jest jednak skłonienie do pomysłu Holendra Beenhakkera. Czyżby Leo poczuł wreszcie ducha Słowiańszczyzny? Czy odpuści sobie lansowanie do kadry Rogera albo Aquafreski? Też nie należy tego wykluczać. Wiadomo przecież nieoficjalnie, że uczy się polskiego i już nieźle mówi, a na mistrzostwach chce wszystkich zaskoczyć piękną wymową.

Naturalnie warto przypomnieć, że w turnieju w Austrii i Szwajcarii oprócz wymienionych państw zagrają jeszcze Czesi. Czy na nich też rozciągnie się sojusz? Trudno to jednoznacznie ocenić. Czesi nie grają z nikim w grupie, a jeśli dojdzie do meczu, do będzie to faza pucharowa, więc ktoś na pewno odpadnie. Ale cóż szkodzi zagrać czysty mecz, żeby drużyna która awansuje miała potem większe szanse? Nic przecież nie traci się w ten sposób, najwyżej zbierze się nagrodę fair play. Ta nagroda zresztą zawsze powinna trafiać do Słowian, którzy we wczesnym średniowieczu mieli opinię ludów osiadłych, spokojnych i pokojowych, w przeciwieństwie do wojowniczych i ciągle wędrujących Germanów. Dlatego jestem przekonany, że wokół Karela Brücknera kręci się już jakiś wysłannik Bilicia.

I jeszcze Rosja, ale to już raczej pole do popisu dla Beenhakkera. Rosjan także trenuje Niderlandczyk – Guus Hiddink. Na pewno świetnie się dogadają. Któż by pomyślał jeszcze 2 lata temu, że słowiańskie sojusze będą rozwijać Holendrzy?

Ratyfikacja traktatu lizbońskiego – aspekty międzynarodowe

marzec 31, 2008 - autor: rozum

Ostatnio pisałem o Polsce, dziś o innych krajach.

Jak dotąd traktat przyjęło 6 państw na 27, w tym dwa słowiańskie. Słowenia była jednym z pierwszych państw, które to zrobiły, akurat dla niej traktat jest w znacznej mierze korzystny, bo to kraj bardzo mały, a siła takich w nicejskiej wersji traktatów była niewielka. Poza tym premier Słowenii to obiecywał jak już pisałem i po prostu dotrzymał zobowiązań. Podobnie zrobiła Bułgaria, która do przyjęcia traktatu zobowiązała się w traktacie akcesyjnym (co też jest paradoksem, bo gdy ta się zobowiązywała, “traktatem” był traktat konstytucyjny – w wersji odrzuconej w 2005 we Francji i Holandii). Sytuacje tych krajów są więc nieporównywalne z innymi.

Zostają więc z państw słowiańskich Polska, Czechy i Słowacja. Na Słowacji ratyfikacja jest blokowana przez opozycyjną prawicę, która albo ma zastrzeżenia merytoryczne (konserwatyści) albo wykorzystuje blokadę do wymuszenia na rządzie zaniechania reformy prawa prasowego (mniejszość węgierska, liberalni chadecy). Stanowisko meciarowców i nacjonalistów też nie wydaje mi się oczywiste, jedynie więc socjaldemokratyczni populiści premiera Fico są jednoznacznie za. Widać więc, że ratyfikacja nie jest tam wcale czymś oczywistym i nikt nie przejmuje się “wstydem w Europie”. To budujące, że taki mały kraj potrafi mieć własne zdanie. W Czechach większość sił politycznych jest za ratyfikacją, mimo zgłaszanych zastrzeżeń rząd Topolanka traktat zaakceptował, ale… postanowił go jednocześnie skierować do czeskiego TK. Przede wszystkim jednak, oba kraje się nie spieszą.

A w Polsce… Skierować traktat do TK może jedynie “wariat”, a nieratyfikowanie w prima aprilis tego dokumentu “uniemożliwi prezydentowi udział w szczycie NATO”. Niestety to co cytuję, to nie primaaprilisowe żarty, ale poziom debaty w Polsce.

Do NATO należą m.in. Islandia, Norwegia, Kanada, USA i Turcja. Nie są to kraje członkowskie UE, a jeden z nich tak naprawdę stanowi o sile sojuszu, kolejny jest 3. co do liczby ludności spośród państw NATO. Do Paktu należą też Czechy i Słowacja – i brak u nich ratyfikacji traktatu w niczym nie uniemożliwia im uczestnictwa w bukaresztańskim szczycie. Tam po prostu rozróżnia się organizacje do których należy państwo, w Polsce – chyba niekoniecznie.

Znowu mamy się cieszyć z Schengen

marzec 30, 2008 - autor: rozum

Tym razem lotniska. Nie będzie wreszcie kontroli paszportowej! Można latać bez przeszkód! 

Naturalnie takie sformułowania bez problemu znajdziemy w prounijnej prasie. Na szczęście głównie polskiej, bo na zachodzie jednak nie maltretują swoich czytelników faktami bez znaczenia. Oczywiście nic nie słyszałem o zniesieniu imiennych biletów czy kontroli ze względów bezpieczeństwa, więc w praktyce nic się na lotniskach nie zmieni.

Oczywiście można mi zarzucić tym samym, że sam zajmuję się faktami bez znaczenia. To nie tak, bo w zasadzie chciałem napisać przy tej okazji o pewnej osobie, która chyba z Schengen cieszy się nie dość. O panu premierze. Nie jest to co prawda ani premier Słowenii, czyli teoretycznie najważniejsza persona w UE, ani premier Polski, ale premier innego kraju słowiańskiego – Czech.

Otóż Mirek Topolanek, z partii chwalonego już na tym blogu prezydenta Klausa, nazwał szykanami i faktycznym nieprzestrzeganiem porozumienia z Schengen ostatnie praktyki niemieckiej i austriackiej policji wprowadzone po rozszerzeniu strefy Schengen.

Trzeba bowiem wiedzieć, że Schengen to koniec kontroli na granicach, ale nie koniec służb granicznych, które dzięki “dobrodziejstwu” Schengen mogą nas kontrolować na terenie całych państw członkowskich. Widać z załączonego artykułu jakie ma to skutki dla swobody przemieszczania się po Unii Europejskiej. Oczywiście wcześniej mogła to też robić policja, ale teraz szansa na kontrolę jest jeszcze większa. 

Czy na pewno pokazanie facjaty na przejściu stanowiło aż tak duży problem?

Zwracam też uwagę na jeszcze jedno. Premier Czech nie bał się (ani nie wstydził) skomentować praktyki bądź co bądź wewnętrznych służb Niemiec i Austrii. Słusznie bowiem w Czechach uważa się, że walka o własne interesy nie jest powodem do wstydu i wcale nie pogarsza pozycji kraju w UE. A problem dotyczy też polskich kierowców – niestety nasze władze wybierają milczenie…