Czy rusałki to Słowianki?

kwiecień 22, 2008 by rozum

Dziś 22 kwietnia. W dawnym ustroju uroczyście obchodzono w tym dniu urodziny Lenina. Dziś urodziny Donalda Tuska (tak, tak, to też dziś :)) obchodzi się już skromniej, ogłoszono natomiast zamiast dnia Lenina Dzień Ziemi. Na przekór kolejnym głupim dniom zajmę się innym żywiołem – wodą – i słowiańskimi wyobrażeniami z nim związanymi.

Rusałką nazywamy bliżej nieokreśloną istotę żyjącą w wodzie, antropomorficzną, w przeciwieństwie jednak do syren, antropomorficzną w całości. Rusałki kiedy pojawiały się na lądzie przybierały postać pięknej kobiety, nie odróżniającej się zewnętrznie od kobiet ludzkich. Sporadycznie rusałki mogły żyć w trawach czy lasach, generalnie jednak żyły w wodzie.

Naturalnie Słowianie nie byli jedynymi, których głębia, niedostępność stojących wód poruszała. Szkoci w Loch Ness trzymają potwora, a po fińskich jeziorach pływają tajemnicze łabędzie. Rusałki wydają się być jednak pomysłem typowo słowiańskim, trudno bowiem w kulturze innych krajów odnaleźć takie zagęszczenie stworów wodnych. W tych znowu kulturach, gdzie to bardziej powszechne (Grecja) nie przybierały one kształtu rusałek. Z niesłowiańskiej kultury na myśl przychodzi mi jedynie „lady of the lake”, znana z legend arturiańskich, potem ujęta w poemat przez sir Waltera Scotta.

Geneza rusałek niknie w mroku słowiańskich pradziejów. Wydaje się, że były częścią ludowych wyobrażeń pogańskich, które jednak zachowały się do naszych czasów w bardzo okrojonej formie wskutek szybkiej chrystianizacji w X i XI wieku. Żadna fala neopogaństwa, czy to bunt Masława czy reakcja na Pomorzu na początku XII wieku (ostatnia na większą skalę), nie pozostawiły po sobie trwałych śladów kulturowych. Rusałki znikają ze sceny i trwają w zapomnieniu, w niepublikowanych i nieznanych ludowych wierzeniach, aż do początków wieku XIX.

Wiek XIX jest wielkim renesansem takich ludowych wyobrażeń, a jednocześnie wprowadza rusałki do kultury dziś powiedzielibyśmy „wysokiej”, do pełnowartościowej literatury. Wspomnieć należy powszechnie znane Polakom Goplanę i Świteziankę. Znamienne, że nie są określane jako rusałki, ale mają nazwy własne, pochodzące od geograficznych nazw jezior. Już bardziej bezimiennie występują w znanych i mniej znanych operach.

Pierwszą jest Undine Ernsta Teodora Amadeusa Hoffmana z 1814 roku (rusałka to po francusku ondine, a po niemiecku właśnie Undine). Może być pewnym zaskoczeniem, że pisząc o Słowianach nagle wspominam niemieckiego kompozytora. Ale to nie przypadek, ETA Hoffman, wielki teoretyk romantyzmu i kompozytor-hobbysta pewną część życia spędził na anektowanych przez Prusy terenach Polski – na Mazowszu i w Wielkopolsce. Niewykluczone, że Undine jest inaczej opisaną Goplaną.

Kolejną mało znana opera Rusałka Aleksandra Dargomyżskiego, kompozytora rosyjskiego zaliczanego do szkoły narodowej, a więc hołdującego ideałom słowianofilskim.

Bardziej znanym twórcą podejmującym ten temat był Mikołaj Rimski-Korsakow, przedstawiciel tzw. Potężnej Gromadki – grupy rosyjskich kompozytorów czerpiących wątki z ludowego-narodowego (w rosyjskim jest jedno słowo narod) folklorze. Rusałki pojawiają się już w Nocy majowej z 1880 r., ale na szczególną uwagę zasługuje najwspanialsza opera kompozytora, czyli Sadko z 1896 r., gdzie rusałka z Jeziora Pskowskiego także się pojawia.

Identyczny tytuł jak opera Dargomyżskiego nosi najbardziej chyba znane dzieło operowe Antonina Dvořáka (1900), oparta na baśni Erbena i Němcovej. Uczciwie jednak powiedzieć trzeba, że Dvořák znacznie lepiej radził sobie w muzyce orkiestrowej i kameralnej.

Jak widać tematyka rusałek pojawia się w operach kompozytorów słowiańskich, w dodatku tych zaliczanych do „szkół narodowych”, a więc tych, którzy chcieli widzieć swą sztukę jako wyraz narodowych uczuć, sztukę wyróżniającą się ze zdominowanej wtedy przez Niemców muzyki „ogólnoeuropejskiej”. Pokazuje to, jak bardzo słowiańskim tworem są rusałki. To element naszej kultury, szkoda, że o nim zapominamy, a do wód wrzucamy jakieś śmieci zwane „marzannami”. Dobrze, że tylko raz w roku i że nie w Dzień Ziemi.

Wybory, NATO, Bułgaria…

kwiecień 13, 2008 by rozum

Odpuściłem ostatnio trochę wydarzenia bieżące, a dzieje się sporo.

Przede wszystkim, wybory. Nie te dzisiejsze, włoskie (bardzo ciekawe, ale o nich pisał nie będę), ale zeszłotygodniowe – czarnogórskie wybory prezydenckie. Spodziewanym zwycięzcą został już w I turze Filip Vujanović z rządzącej socjaldemokratycznej partii DPS, będącej w prostej linii dziedziczką Komunistycznej Partii Jugosławii. Urodzony, co dość ciekawe w Belgradzie, Vujanović jest w polityce od 1993 roku, wcześniej (za komuny) był sędzią, potem uczestniczył w krajowym rządzie czarnogórskim, w promiloszewiczowskim gabinecie Djukanovicia. Gdy Djukanović został prezydentem Czarnogóry, Vujanovicia mianował premierem. Kiedy Miloszewicz został zmieciony przez przewrót pod wodzą Kosztunicy, oczywiście Djukanović i Vujanović szybko zmienili front na prozachodni.

Kolejne miejsca zajęli Andrija Mandić, reprezentujący mniejszość serbską, niezależny opozycjonista Nebojsza Medojević i Srdan Milić z konkurencyjnej partii “socjalistycznej” (choć to raczej lewica typu Ryszard Bugaj - bardziej konserwatywna obyczajowo i przychylna raczej centroprawicy niż komunistom). Wynik wyborów jest konsekwencją specyficznego systemu partyjnego w Czarnogórze, gdzie dominująca jest w zasadzie tylko DPS, dzięki przejęciu struktur, infrastruktury i środków partii komunistycznej. Serbowie, choć otrzymują relatywnie dużo głosów, to jednak są mniejszością i nigdy wyborów nie wygrają, a inne partie mają duży problem z przebiciem się ze względu na brak środków. Oczywiście dla zachodu taki system jest bardzo wygodny, osoby kiedyś ulegające komunistom, dziś chętnie ulegają Brukseli – nie tylko przecież w Czarnogórze.

Drugim ważnym wydarzeniem jest szczyt NATO w Bukareszcie, a zwłaszcza poruszana tam kwestia przyjęcia Ukrainy i Gruzji do Sojuszu. Za jest przede wszystkim USA i Polska, ale też np. Bułgaria. Przeciw, co dość interesujące – Niemcy i Francja. O ile brak zainteresowania tradycyjnie prorosyjskiej Francji jest w pełni zrozumiały, o tyle sprzeciw Niemiec wymaga słowa komentarza. Niemcy – czy to jako państwo pruskie czy jako Cesarstwo – w zasadzie zawsze od XVII wieku używały karty rusińskiej do straszenia Polski i Rosji. Najpierw posyłali agentów, by podburzać Kozaków, potem w XIX-wiecznym Wiedniu wymyślono zamiast tradycyjnych Rusinów, Ukraińców i szachowano nimi Polaków w Galicji. Wreszcie przyszedł pierwszy traktat brzeski 9 II 1918, kiedy to Austria i Niemcy Ukraińskiej Republice Ludowej oddały kosztem Polski nie tylko cały Wołyń, ale i Chełmszczyznę. Wreszcie przyszły czasy II wojny światowej i niesławna kolaboracja ukraińskich nacjonalistów z nazistami. Jeśli dziś tak tragiczny dla nas w skutkach sojusz niemiecko-ukraiński poszedł tak dalece w niepamięć, że Niemcy nie chcą widzieć Ukrainy w NATO, może nas to tylko cieszyć. Tym bardziej powinniśmy wykorzystać to dla umocnienia naszej tam pozycji.

Naturalnie trzeba to robić mądrze. Z przyjęciem Ukrainy do NATO nie ma się co spieszyć, zwłaszcza że sami Ukraińcy nie są do tego przygotowani. Po drugie, na grząskim (nie tylko geograficznie) terenie ukraińskim trzeba poruszać się wyjątkowo ostrożnie. To kraj bardzo podzielony, niestabilny i bez rozwiniętych instytucji. To także kraj pełen antypolskich resentymentów. Nie jest dobrą metodą robić jakieś spontaniczne akcje na rzecz konkretnego polityka jak 3 lata temu, lepiej skupić się na inteligentnej dyplomacji i starać się utrzymać dobre stosunki z wszystkimi stronami ukraińskiej sceny politycznej.

Odnotować też trzeba wizytę bułgarskiego prezydenta Gieorgija Pirvanova w Warszawie. Ostatnio niektórzy w Polsce mają pretensje do Bułgarii, że zaangażowała się w South Stream, ale z drugiej strony jaka byłaby alternatywa dla Bułgarii? Obecnie takich nie ma, a jedyne co możemy zrobić to zamiast psioczenia im taką alternatywę stworzyć. Ostatnio zajmując się nie zawsze mądrą polityką wschodnią, zaniedbano południową. Efektem jest strategiczny jak się wydaje sojusz rosyjsko-bułgarski. Teraz najgorszą rzeczą byłoby z tego powodu obrazić się na Bułgarię, z którą oprócz spraw gazowych wiele nas nie dzieli, a łączyć mogą choćby wspólne interesy w UE. Zwłaszcza że Bułgaria zachowuje się rozsądnie, nie popiera Rosji bezmyślnie we wszystkim, czego dowodem jest przychylenie się do polskiego i amerykańskiego stanowiska w sprawie ukraińskiej i gruzińskiej.

Dwa cytaty o liberalizmie

kwiecień 2, 2008 by rozum

W duchu tak pojmowanej miłości społecznej arcybiskup Feliński głęboko angażował się w obronę wolności narodowej. Potrzeba tego i dzisiaj, kiedy różne siły - często kierujące się fałszywą ideologią wolności - starają się ten teren zagospodarować. Kiedy hałaśliwa propaganda liberalizmu, wolności bez prawdy i odpowiedzialności nasila się również w naszym kraju, pasterze Kościoła nie mogą nie głosić jednej i niezawodnej filozofii wolności, jaką jest prawda krzyża Chrystusowego. Taka filozofia wolności ta jest istotowo związana z dziejami naszego narodu. (18 sierpnia 2002 r.)

Jak kiedyś wąż na pustyni ocalał Izraelitów, tak teraz obraz z napisem: „Jezu, ufam Tobie” ocala ludzi słabej wiary. Przez ten obraz Bóg objawia swe wielkie miłosierdzie. Z niego Jezus spogląda na nas, a my możemy spojrzeć w Jego oczy. Skoro Bóg wybrał obraz, to znaczy, że chciał, byśmy udoskonalili nasze spojrzenie, by ono było pełne zawierzenia!
Żyjemy w świecie kryzysu wiary. Konsumpcja, liberalizm, materializm praktyczny odcięły wielu chrześcijan od źródła miłosierdzia Bożego. Wszystkim odciętym grozi śmierć wieczna. Trzeba więc, aby spojrzeli na obraz Miłosierdzia i w tym spojrzeniu zawarli swoje pragnienie ocalenia i wolę życia wiecznego. Kryzys zaufania jest głęboki, bo dotyka nie tylko naszego odniesienia do Boga, ale utrudnia również odniesienia wzajemne.
(30 marca 2008 r.)

Te dwie wypowiedzi – Jana Pawła II i kardynała Dziwisza warto dziś przypomnieć. Są to bowiem słowa jak nigdy aktualne. Czym jest bowiem współczesny liberalizm? Co wiąże się obecnie z tą doktryną? W istocie chodzi tu nie o naiwną, optymistyczną filozofię szkockich ekonomistów z XVIII wieku, ale o akceptację permisywnego libertynizmu, z jakim mamy do czynienia na zachodzie. To były wypowiedzi o Polsce, ale problem jest w całej Europie. Widać doskonale, że Jan Paweł II i kardynał Dziwisz świetnie to dostrzegają. W kolejną rocznicę śmierci Papieża oddajmy im głos.

PS. Oczywiście wczorajszy wpis był żartem. Sport to sport i nie ma miejsca na polityczne układanki. Ale i tak wszyscy się przecież zorientowaliście.

Sojusz słowiański!

kwiecień 1, 2008 by rozum

Na razie w piłce.

Oczywiście to informacja nieoficjalna, ale bardzo by cieszyła. Na czym by to miało polegać? Np. na tym, że reprezentacje Polski i Chorwacji będą się wzajemnie wspierać. Na ostatni mecz w grupie umówią się na grę w rezerwach, mecz bez kartek, a skupią się na walce z Austrią i Niemcami. Tym samym szanse na eliminacje odwiecznych wrogów Słowiańszczyzny rosną. Oczywiście dochodzi też współpraca sztabów, wymiana informacji o przeciwnikach czy doświadczeń.

Z pewnością to Slaven Bilić – trener Chorwatów –  był autorem pomysłu. Jego zasługi dla słowiańskiego futbolu to już choćby wyeliminowanie Anglików – na korzyść Rosji. Miłym zaskoczeniem jest jednak skłonienie do pomysłu Holendra Beenhakkera. Czyżby Leo poczuł wreszcie ducha Słowiańszczyzny? Czy odpuści sobie lansowanie do kadry Rogera albo Aquafreski? Też nie należy tego wykluczać. Wiadomo przecież nieoficjalnie, że uczy się polskiego i już nieźle mówi, a na mistrzostwach chce wszystkich zaskoczyć piękną wymową.

Naturalnie warto przypomnieć, że w turnieju w Austrii i Szwajcarii oprócz wymienionych państw zagrają jeszcze Czesi. Czy na nich też rozciągnie się sojusz? Trudno to jednoznacznie ocenić. Czesi nie grają z nikim w grupie, a jeśli dojdzie do meczu, do będzie to faza pucharowa, więc ktoś na pewno odpadnie. Ale cóż szkodzi zagrać czysty mecz, żeby drużyna która awansuje miała potem większe szanse? Nic przecież nie traci się w ten sposób, najwyżej zbierze się nagrodę fair play. Ta nagroda zresztą zawsze powinna trafiać do Słowian, którzy we wczesnym średniowieczu mieli opinię ludów osiadłych, spokojnych i pokojowych, w przeciwieństwie do wojowniczych i ciągle wędrujących Germanów. Dlatego jestem przekonany, że wokół Karela Brücknera kręci się już jakiś wysłannik Bilicia.

I jeszcze Rosja, ale to już raczej pole do popisu dla Beenhakkera. Rosjan także trenuje Niderlandczyk – Guus Hiddink. Na pewno świetnie się dogadają. Któż by pomyślał jeszcze 2 lata temu, że słowiańskie sojusze będą rozwijać Holendrzy?

Ratyfikacja traktatu lizbońskiego - aspekty międzynarodowe

marzec 31, 2008 by rozum

Ostatnio pisałem o Polsce, dziś o innych krajach.

Jak dotąd traktat przyjęło 6 państw na 27, w tym dwa słowiańskie. Słowenia była jednym z pierwszych państw, które to zrobiły, akurat dla niej traktat jest w znacznej mierze korzystny, bo to kraj bardzo mały, a siła takich w nicejskiej wersji traktatów była niewielka. Poza tym premier Słowenii to obiecywał jak już pisałem i po prostu dotrzymał zobowiązań. Podobnie zrobiła Bułgaria, która do przyjęcia traktatu zobowiązała się w traktacie akcesyjnym (co też jest paradoksem, bo gdy ta się zobowiązywała, “traktatem” był traktat konstytucyjny - w wersji odrzuconej w 2005 we Francji i Holandii). Sytuacje tych krajów są więc nieporównywalne z innymi.

Zostają więc z państw słowiańskich Polska, Czechy i Słowacja. Na Słowacji ratyfikacja jest blokowana przez opozycyjną prawicę, która albo ma zastrzeżenia merytoryczne (konserwatyści) albo wykorzystuje blokadę do wymuszenia na rządzie zaniechania reformy prawa prasowego (mniejszość węgierska, liberalni chadecy). Stanowisko meciarowców i nacjonalistów też nie wydaje mi się oczywiste, jedynie więc socjaldemokratyczni populiści premiera Fico są jednoznacznie za. Widać więc, że ratyfikacja nie jest tam wcale czymś oczywistym i nikt nie przejmuje się “wstydem w Europie”. To budujące, że taki mały kraj potrafi mieć własne zdanie. W Czechach większość sił politycznych jest za ratyfikacją, mimo zgłaszanych zastrzeżeń rząd Topolanka traktat zaakceptował, ale… postanowił go jednocześnie skierować do czeskiego TK. Przede wszystkim jednak, oba kraje się nie spieszą.

A w Polsce… Skierować traktat do TK może jedynie “wariat”, a nieratyfikowanie w prima aprilis tego dokumentu “uniemożliwi prezydentowi udział w szczycie NATO”. Niestety to co cytuję, to nie primaaprilisowe żarty, ale poziom debaty w Polsce.

Do NATO należą m.in. Islandia, Norwegia, Kanada, USA i Turcja. Nie są to kraje członkowskie UE, a jeden z nich tak naprawdę stanowi o sile sojuszu, kolejny jest 3. co do liczby ludności spośród państw NATO. Do Paktu należą też Czechy i Słowacja - i brak u nich ratyfikacji traktatu w niczym nie uniemożliwia im uczestnictwa w bukaresztańskim szczycie. Tam po prostu rozróżnia się organizacje do których należy państwo, w Polsce - chyba niekoniecznie.

Znowu mamy się cieszyć z Schengen

marzec 30, 2008 by rozum

Tym razem lotniska. Nie będzie wreszcie kontroli paszportowej! Można latać bez przeszkód! 

Naturalnie takie sformułowania bez problemu znajdziemy w prounijnej prasie. Na szczęście głównie polskiej, bo na zachodzie jednak nie maltretują swoich czytelników faktami bez znaczenia. Oczywiście nic nie słyszałem o zniesieniu imiennych biletów czy kontroli ze względów bezpieczeństwa, więc w praktyce nic się na lotniskach nie zmieni.

Oczywiście można mi zarzucić tym samym, że sam zajmuję się faktami bez znaczenia. To nie tak, bo w zasadzie chciałem napisać przy tej okazji o pewnej osobie, która chyba z Schengen cieszy się nie dość. O panu premierze. Nie jest to co prawda ani premier Słowenii, czyli teoretycznie najważniejsza persona w UE, ani premier Polski, ale premier innego kraju słowiańskiego - Czech.

Otóż Mirek Topolanek, z partii chwalonego już na tym blogu prezydenta Klausa, nazwał szykanami i faktycznym nieprzestrzeganiem porozumienia z Schengen ostatnie praktyki niemieckiej i austriackiej policji wprowadzone po rozszerzeniu strefy Schengen.

Trzeba bowiem wiedzieć, że Schengen to koniec kontroli na granicach, ale nie koniec służb granicznych, które dzięki “dobrodziejstwu” Schengen mogą nas kontrolować na terenie całych państw członkowskich. Widać z załączonego artykułu jakie ma to skutki dla swobody przemieszczania się po Unii Europejskiej. Oczywiście wcześniej mogła to też robić policja, ale teraz szansa na kontrolę jest jeszcze większa. 

Czy na pewno pokazanie facjaty na przejściu stanowiło aż tak duży problem?

Zwracam też uwagę na jeszcze jedno. Premier Czech nie bał się (ani nie wstydził) skomentować praktyki bądź co bądź wewnętrznych służb Niemiec i Austrii. Słusznie bowiem w Czechach uważa się, że walka o własne interesy nie jest powodem do wstydu i wcale nie pogarsza pozycji kraju w UE. A problem dotyczy też polskich kierowców - niestety nasze władze wybierają milczenie…

Ratyfikacja traktatu lizbońskiego - aspekty prawne

marzec 17, 2008 by rozum

Nie będzie dziś o zaletach czy wadach traktatu lizbońskiego (pewnie napiszę, jak przejdzie przez Danię i Anglię, na razie nie ma co straszyć), ani o zachowaniu polskich partii i tzw. pacie politycznym (bo krajową bieżączką się nie zajmuję tutaj). Dyskusje toczone na FF oraz żenujące spektakle prawniczej ignorancji prezentowanej w mediach skłoniły mnie jednak do podsumowania tu prawnych zagadnień samego procesu ratyfikacyjnego, a nie jest ono bez znaczenia także dla państw słowiańskich w UE.

Kluczowe w tym względzie są art. 90 Konstytucji i orzeczenie TK w sprawie K 11/03. Nie należę do gorących zwolenników tego orzeczenia, niemniej jednak należy z niego wyciągnąć odpowiednie konsekwencje (choć uzasadnienia orzeczeń jako niepublikowane w Dzienniku Ustaw nie mają mocy prawnej).

Sejm ma do wyboru dwie drogi ratyfikacji – parlamentarną i referendalną, wyboru tego dokonuje uchwałą. Droga parlamentarna wymaga uzyskania w każdej z izb parlamentu 2/3 głosów przy obecności co najmniej połowy członków – w każdej z osobna. Droga referendalna odwołuje się do art. 125 Konstytucji, który stanowi o referendum w ogóle – do jego ważności potrzebne jest quorum połowy uprawnionych do głosowania. Jeśli w referendum nie będzie quorum, zgodnie z ustawą o referendum sprawa wraca na etap podjęcia uchwały przez Sejm w sprawie drogi ratyfikacji. Zamieszczenie elementu procedury w ustawie zwykłej (a nie w Konstytucji) było jedną z przyczyn jej zaskarżenia do TK przez grupę posłów. TK stwierdził jednak, że możliwość powrotu do etapu uchwały wynika z samej Konstytucji (niestety trudno się tego doszukać w jej tekście…).

Obecnie polskie władze są po podjęciu uchwały o wyborze drogi (parlamentarnej), a przed podjęciem decyzji rozstrzygającej kwestię traktatu z Lizbony. W mediach natomiast spekulować się zaczyna o możliwości referendum. Wydaje się to zupełnie nieuzasadnione – Sejm zgodnie z przytaczanym orzeczeniem jest związany własną uchwałą (punkt 12.7). Marszałek Sejmu ma zatem obowiązek poddać na obecnym etapie traktat lizboński pod głosowanie sejmowe, a Marszałek Senatu pod głosowanie senackie.

Z drugiej strony TK w tym samym orzeczeniu dochodzi do zaskakującego wniosku (punkt 12.4), że jeśli nie będzie w Sejmie lub Senacie większości 2/3, można dokonać kolejnej uchwały, bo inaczej powstawałaby sytuacja „pata konstytucyjnego”. Pat konstytucyjny to sytuacja, kiedy nie można podjąć rozstrzygnięcia, a do podjęcia rozstrzygnięcia wystarczy quorum (połowa posłów). Jeśli nie uda się uzbierać quorum, to tak samo nie będzie się dało przeprowadzić głosowania nad uchwałą o ponownym wyborze drogi ratyfikacyjnej (zresztą w ogóle Sejm taki nic nie będzie w stanie zrobić). Sytuacja nieuzyskania większości to nie „pat konstytucyjny”, lecz podjęcie rozstrzygnięcia (podobnie przywoływany w orzeczeniu K. Działocha). Rozstrzygnięcia negatywnego – czyli w tym przypadku odrzucenie przez Polskę traktatu lizbońskiego – i zgodnie z prawem UE, w całej Wspólnocie.

Nigdzie natomiast TK nie stwierdził, że po podjęciu uchwały o wyborze danego rodzaju drogi można tego etapu nie przeprowadzić – czyli nie poddać traktatu pod głosowanie w wybranej formie. Czyli prawna możliwość przeprowadzenia obecnie referendum jest wątpliwa. Ale jak już napisałem, uzasadnienie TK nikogo nie wiąże i na użytek obecnej chwili może on dojść do innych wniosków.

Druga dość ciekawa kwestia to moc prawna preambuły (arengi) do ustawy zezwalającej na przyjęcie traktatu. W prawoznawstwie sporny jest charakter prawny areng, ale orzecznictwo TK przyznaje im moc normatywną (co jest godne poparcia). Arengi do ustaw mają jednak moc taką jak ustawy – czyli poniżej konstytucji, części prawa międzynarodowego (w tym traktatów unijnych), a także nawet prawa pochodnego UE. Czyli jeśli w jakiejkolwiek sprawie arenga byłaby sprzeczna z tymi wymienionym źródłami prawa, to należałoby jej nie stosować. Czyli (upraszczając) jeśli jakieś unijna dyrektywa WE nakazywałoby uregulowanie w polskim prawie tzw. związków partnerskich, a preambuła by to wykluczała – należałoby stosować dyrektywę unijną. Użyteczność istnienia takiej arengi jest wątpliwa. Poza tym na pewno nie będą jej brały pod uwagę sądy unijne.

Oczywiście pojawia się pytanie, czy taką ustawę z preambułą „jakiś wariat może zaskarżyć do TK”. Oczywiście liczba „wariatów”, którzy mają prawną możliwość inicjowania kontroli przed TK jest ograniczona, ale naturalnie jest to możliwe. Tyle że w takiej sytuacji mało prawdopodobne byłoby uchylenie całej ustawy zezwalającej na ratyfikację traktatu, bardziej (jeśli już) samej preambuły.

Być może wysokie osoby w państwie tego nie wiedzą, ale TK ma możliwość uznania niekonstytucyjności także części ustawy (i zazwyczaj tak robi). Jeśli natomiast wadliwy był tryb uchwalenia ustawy, to wtedy TK ma obowiązek orzec niekonstytucyjność całej ustawy. Dlatego dużo groźniejsze i bardziej ryzykowne niż wątpliwej mocy arenga jest manipulowanie przy procedurze, gdzie zamiast due process of law mamy dążenie do uchwalenia czegoś za wszelką cenę. Takie podejście do tworzenia prawa dalece niepokoi, bo obniża kulturę prawną naszego kraju i tak od 1989 roku mocno nadwyrężoną.

A skoro jesteśmy już przy konstytucyjności – czy traktat, który przewiduje, że jest najwyższym źródłem prawa jest zgodny z Konstytucją, która to samo stanowi o sobie? To już pytanie do TK – mam nadzieję, że jakiś „wariat” je kiedyś zada.

Musik in Mirabell

marzec 9, 2008 by rozum

(…)

Der Ahnen Marmor ist ergraut.
Ein Vogelzug streift in die Weiten.
Ein Faun mit toten Augen schaut
Nach Schatten, die ins Dunkel gleiten.

Das Laub fällt rot vom alten Baum
Und kreist herein durchs offne Fenster.
Ein Feuerschein glüht auf im Raum
Und malet trübe Angstgespenster.

(…)

Oczywiście w rzeczywistości nie wygląda to tak ponuro jak w zacytowanym wyżej wierszu Georga Trakla. Wchodzimy do pięknej sali rokokowego pałacu, bogato zdobionej, zaopatrzonej w efektowne, wielkie lustra i żyrandole słynnej (?) Marmorsaal. Zamiast dzikich psów i ptaków wlatujących przez niedomknięte okna, mamy elegancką publiczność i miejsca przygotowane na czterech muzyków.

Zaczynamy. Program przewiduje kwartety Mozarta – jeden wczesny, z kwartetów mediolańskich – a więc muzyka, lekka, elegancka, przyjemna dla ucha, idealna wprost na te wnętrza. Następnie zaaranżowana na kwartet XIII serenada Mozarta („Eine kleine Nachtmusik”), taki ukłon w stronę szerszej publiczności, by każdy mógł sobie powiedzieć „to znam, jaki ze mnie koneser!”. Z drugiej strony nie schodzimy poniżej właściwego dla miejsca i okoliczności elegancji. Po krótkiej przerwie KV 387, czyli już pierwszy z kwartetów tzw. haydnowskich Mozarta (czyli już wiedeńskich, samemu Haydnowi dedykowanych), zamyślony, pełen lekkich dysonansów – coś dla tych, którzy koneserami akurat mają powody się nazywać, jednocześnie nie odbiegający od utworów wcześniejszych - nawet wspólna tonacja ze słynną, wcześniej graną serenadą. Jeśli dodamy do tego, w tych wnętrzach mógł koncertować (przynajmniej z pierwszym z tych utworów) sam Wolfgang Amadeusz, mamy poczucie, że kilkanaście euro wydane bilet nie było stracone.

***

- Oh! Hands down for summer school. We’re the only young people here – zauważyła I***, pochodząca z tego kraju południowej Europy, gdzie kobiety są niewątpliwie najbardziej urodziwe. Uwaga była nad wyraz trafna, po krótkim ogarnięciu wzrokiem sali, trudno byłoby dostrzec kogoś poniżej pięćdziesiątki, a średnia wieku oscylowała w granicach uznawanych już w tym socjaldemokratycznym kraju niewątpliwie za emerytalny.

Może więc Trakl ma rację? Czy dawny blask wnętrz pałacowych i pięknej muzyki nie przykrywa istotnej pustki i nijakości tego miejsca? Czy miejsce to, jak i chyba cała Europa, nie jest tylko cieniem samego siebie i swojej dawnej świetności?

Dymitr Miedwiediew – nowa czy stara Rosja?

marzec 2, 2008 by rozum

Dotychczas mało miejsca poświęcałem największemu krajowi słowiańskiemu – Rosji. Z jednej strony było to spowodowane brakiem ważniejszych wydarzeń w tym kraju w ciągu ostatnich kilku miesięcy, z drugiej tym, że jednak tematyka euroslawistyczna skupia się na państwach leżących w Unii Europejskiej bądź do niej aspirujących. Teraz jednak, przy okazji sukcesji na stanowisku głowy państwa, nie można kilku słów Rosji nie poświęcić.

Oczywiście Rosja to nie tyle temat-rzeka, co temat-ocean. Tutaj więc ograniczę się do samych wyborów w kontekście relacji z innymi państwami słowiańskimi.

Miedwiediew – dobrze wykształcony prawnik, protegowany Putina, członek rady nadzorczej Gazpromu, wicepremier, biznesman. Wszystko to zapowiada kontynuację obecnej polityki – technokratyczne, z drugiej strony pompatyczne rządy nastawione na bogacenie się dzięki wysokim cenom surowców. Zresztą Miedwiediew już poczynił w tym celu stosowne kolejne kroki, obiecując nową nitkę South Stream podczas wizyty na Węgrzech i w Serbii. Sama kontynuacja, stabilność w prowadzeniu polityki zewnętrznej oczywiście zazwyczaj dobrze służy regionowi i tak jest też w tym przypadku. Nie da się też ukryć, że rosyjski quasi-demokratyczny system sukcesji ma w sobie coś pociągającego. Prezydent zachodniego kraju, nawet USA, pod koniec kadencji w ogóle nie jest poważany, bo nie wiadomo czy następca będzie kontynuował jego politykę. Z prezydentem Rosji jest inaczej. Metoda sukcesji to niewątpliwy sukces Władimira Putina – jeśli porównamy z niepewnością czasów Jelcyna, kiedy można było poważnie obawiać się powrotu do władzy komunistów. Pozytywnie należy też skomentować wsparcie dla Serbii w tym tak trudnym dla niej okresie. Rosja wydaje się rozumieć, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie i skutecznie pokazała się jako przyjaciel Serbii.

Ale niewątpliwy blask rosyjskiej polityki nie może nam przysłaniać ciemnych stron. Pomijam już kwestie ochrony tzw. praw człowieka, bo będąc uczciwym musielibyśmy też sporo poszukać „u siebie” – czyli w tzw. demokracjach zachodnich, pomijając już często niepraktyczność stosowania zachodnich wzorców w obcej kulturze. Niepokojąca jest jednak w znacznej mierze orientacja rosyjska w polityce wobec Niemiec i państw zachodniosłowiańskich. Niepokojący jest agresywny ton wobec tarczy antyrakietowej, niepokojące są koncepcje North Stream, niepokojąca jest wreszcie ścisła współpraca z Berlinem – zarówno z opcją socjaldemokratyczną (obecne miejsce pracy Schrödera starczy za cały komentarz), jak i z chadecką. Nawet tak przyjaźni Rosji komentatorzy jak Roman Dmowski przyznawali, że z silnych wpływów Niemców w Moskwie nigdy nic dobrego dla Polski i dla Europy Środkowej nie wynikało.

Miedwiediew jest z Petersburga (tak jak Putin) i jest w tym pewna symbolika. Petersburg nie tylko z nazwy kojarzy się w Rosji z silnymi wpływami Niemców. Za carów, gdy był stolicą, do aparatu urzędniczego tłumnie ściągali zamieszkali w pobliskich Inflantach Niemcy. Rodzime, bojarskie, słowianofilskie tradycje kojarzyły się zawsze z Moskwą. Już sama architektura obu miast świetnie wyraża różnice, o których piszę.

A czego potrzebuje dziś Rosja? Prawdziwym problemem Rosji nie jest tarcza antyrakietowa czy słuszne i niesłuszne pretensje opinii polskiej. Problemem jest niski przyrost naturalny, wyludniająca się Syberia i ostry z tamtej strony napór Chin. Rosja skierowana na ekonomiczną i dyplomatyczną ekspansję w tereny zachodniej i południowej Słowiańszczyzny może nie mieć wystarczającej siły na wschodzie. Rosji można nie lubić, ale rozsądek nakazuje wspierać ją w rywalizacji z totalitarnym państwem chińskim.

Kolejnym problemem Rosji jest gospodarka. Oczywiście nie są prawdziwe opowiadane czasem zupełnie poważnie głupie plotki, że „Rosja ma PKB takie jak Belgia” (różnica jest kilkakrotna). Rosyjska gospodarka nie jest słaba, jest silny wzrost, niskie podatki, korzystne warunki do inwestowania. Problemem jest jednostronność – uzależnienie od sytuacji na rynkach surowców. Duży kraj nie może na dłuższą metę tak funkcjonować, bo ceny surowca to rzecz niebywale zmienna. Przestrzec jednak trzeba rosyjskie władze przez ponownym sprowadzaniem zachodnich „liberalnych eskpertów”, jak Sachs czy Rostowski. Ci doradcy już raz doprowadzili Rosję do silnego kryzysu, a w kilku innych państwach niewiele im brakło. Jeśli Miedwiediewowi uda się nakierować rosyjską gospodarkę na bardziej wielostronną działalność jednocześnie bez błędów polityki lat 90., będzie to jego wielkim sukcesem – tak jak sukcesem Putina było doprowadzenie do tego, że w Rosji regularnie wypłacane są emerytury i większość osób płaci podatki.

Dlaczego Serbia utraciła Kosowo? Kilka mitów do rozwiania…

luty 25, 2008 by rozum

Zarówno wśród części opinii niechętnej Serbii, jak i wśród obserwatorów próbujących zazwyczaj zachować obiektywizm spotkać się można z kilkoma przekonaniami czy to o słuszności, “sprawiedliwości historycznej” utraty przez Serbię Kosowa, czy to o korzyściach jakie z tego płyną. Postaram się wyjaśnić kilka powstałych tu nieporozumień.

1. Serbia została ukarana za agresywną, “niedyplomatyczną” politykę wobec zachodu

Naturalnie polityka Slobodana Miloszewicza, socjalisty i nacjonalisty nie była słuszna. Miloszewicz hamował rynkowe reformy, zamykał się na świat, nie potrafił ułożyć stosunków z sąsiadami - nie tylko nowo powstałymi Chorwacją czy Bośnią, ale też z Węgrami, Rumunią czy Bułgarią, tolerował bezkarność zbrodniarzy wojennych. Nie zamierzam go bronić.

Trzeba jednak pamiętać, że Miloszewicz od 2000 roku nie pełnił już w Jugosławii żadnej funkcji publicznej, od kilku lat był sądzony przez trybunał w Hadze, a od prawie dwóch lat nie żyje po śmierci w niewyjaśnionych okolicznościach w haskim więzieniu. Od tego czasu rządzą Jugosławią i Serbią politycy proeuropejscy, często wręcz socjalliberalni (jak Tadić). Politycy ci współpracują z trybunałem w Hadze (Serbowie to najliczniejsza grupa wśród sądzonych), dostosowują prawo wg wskazań unijnych ekspertów. Ironią historii jest, że aplauz Europy wobec oderwania części Serbii następuje tydzień po odtrąbieniu “ulgi” z powodu zwycięstwa kandydata popieranego przez UE i “wybraniu przez Serbię słusznej drogi”.

Jeśli zachód chciał “ukarać” Serbię za wojny na Bałkanach (co i tak moim zdaniem byłoby niesłuszne) powinien to uczynić od razu. Tymczasem pokawałkowanie terytorium tzw. nowej Jugosławii nastąpiło, gdy rządy popierane przez UE były już dobrze ugruntowane.

2. Większość mieszkańców Kosowa to nie Serbowie, więc dlaczego mają być w Serbii.

Ale też nie żadni Kosowarzy. Taki naród został naprędce wymyślony dla legitymacji wypływającej z zasady samostanowienia narodów (o jej szkodliwości jeszcze kiedyś na pewno napiszę). Większość mieszkańców tej prowincji to Albańczycy - kierując się więc zasadą samostanowienia powinni zostać przyłączeni do Albanii. To oczywiście byłoby nie do zaakceptowania ani przez nich (zewnętrzny rząd, który przypadkiem mógłby tam zrobić porządek), ani przez Albanię (zbyt duży kłopot), ani przez Europę - szkodliwość precedensu z przesunięciem granic jednego kraju do drugiego jest już zbyt dobrze widoczny.

3. Może i Serbowie mają rację, ale taka sytuacja osłabia wpływy Rosji, naszego największego wroga, trzeba więc Kosowo poprzeć.

Czy Rosja jest naszym największym wrogiem, oczywiście można długo się zastanawiać. Załóżmy jednak (na potrzeby tego argumentu), że tak jest w istocie. Co więc Rosja traci? Kawałek sojuszniczego państwa, wątpliwej wartości gospodarczej i (dla nich, co innego dla Serbów) sentymentalnej. Możliwość zainstalowania baz NATO - owszem to może im szkodzić, ale bazy NATO bez problemu można umieścić bliżej granic Rosji - na Mazurach, nad Jeziorem Pskowskim czy w Gruzji. Kosowo jest od Rosji dość daleko.
A co Rosja zyskuje? Przyjaźń Serbów, która jest w praktyce bez alternatywy. Serbowie widzą, że mogą liczyć tylko na Rosję - choćby ta bardziej popierała inne państwa bałkańskie (co moim zdaniem ma miejsce, o tym wkrótce). Drugą ważną dla Rosji sprawą jest precedensowość - którą już Moskwa próbuje wykorzystać w Gruzji. Rosji natomiast taka precedensowość mało zagraża - los Czeczeni jest jasnym sygnałem, jak ewentualni separatyści zostaną potraktowani i ile zrobi w tej sprawie zachód.

4. Wszyscy to popierają, więc my też musimy.

To oczywiście element szerszej polityki “podobania się w Europie”. Polityki, która pozbawia nas samodzielnego kształtowania swoich interesów nie dając nic w zamian. Poza tym oczywiście, Hiszpania, Rumunia, Bułgaria, Słowacja, Cypr i Grecja też są w UE i jakoś się tym nie przejmują.

5. Flagellum dei

Pozwolę sobie zacytować do jakiego typu argumentacji się odnoszę:
“Tak się zastanawiałem po rozmowach na ff czy nie moznaby traktować secesji Kosowa w kategoriach flagellum Dei?Porys kiedyś zapodawał linka z odsetkiem aborcji za czasów Jugosławii- no po prostu trwoga,ilość chrześcijań jest zbliżona w populacji serbskiej do ilości chrześcijan we Francji.Dziś w telewizorze mignął mi Taci w towarzystwie jakiegoś muslimskiego oficjela i katolickiego purpurata.Może to naprawdę jakiś bicz Boży na spoganiałych Serbów.”
http://forum.fronda.pl/?akcja=pokaz&id=1488332#p1488475

Argument tego typu jest bardzo trudny, bo nie odwołuje się do polityki i historii, ale historiozofii. Tutaj jednak stąpając po ziemii odwołam się jedynie do kwestii aborcji wśród Serbów. Naturalnie wiąże się z tym przyrost naturalny. Jednak kiedy porównamy różnice w przyroście naturalnym to okaże się, że (przy identycznym przyroście wśród Serbów jak wśród Albańczyków) zamiast proporcji 92:5, byłaby ok. 90:7. Czy coś to zmienia?
Główną bowiem przyczyną spadku liczby Serbów w Kosowie w II połowie XX wieku była zapaść cywilizacyjna prowincji. Serbowie jako bardziej mobilni i lepiej wykształceni przenosili się do lepiej rozwiniętych obszarów byłej Jugosławii. Albańczycy jako nieznający serbochorwackiego, gorzej wykształceni, nieprzystosowani do życia w miastach, a często analfabeci zostawali w Kosowie.

Poza tym nowa konstytucja Kosowa ma jak słyszymy zawierać np. zagwarantowanie aborcji i być może szerokich praw homoseksualistów. Bicz to może i jest, ale na Boży nie wygląda.

Powstało najbiedniejsze państwo Bałkan

luty 18, 2008 by rozum

Wczoraj, zgodnie z przewidywaniami, Kosowo ogłosiło niepodległość. Reakcje świata też były przewidywalne, choć nie sądziłem, że aż tak agresywnie zareagują natychmiast Serbowie - choćby wspomnę ataki na ambasady słoweńską (czyli reprezentującą obecnie UE) i amerykańską czy wezwanie patriarchy Artemije. Oczywiście wzrost agresji i nastrojów nacjonalistycznych był do przewidzenia - po obu stronach. Co ciekawe, po stronie “kosowskiej” nie jest to nacjonalizm kosowski - a albański, o czym dość dobitnie świadczy wymachiwanie flagami albańskimi zamiast nowymi kosowskimi - z żółtą mapą Kosowa na niebieskim tle i sześcioma gwiazdkami. Nie spodziewałem się też, że fala zaniepokojenia dojdzie aż na Cejlon, miotany terrorystyczną działalnością “tamilskich tygrysów” - analogie są zupełnie zrozumiałe.

Czym jest jednak Kosowo? Jakie ma podstawy ekonomiczne? Ile ma mieszkańców i z czego się utrzymują? Mało się o tym obecnie mówi, skupiając się li tylko na politycznej, a często wręcz propagandowej stronie.

Kosowo ma ok. 2 mln ludności. Przyrost naturalny jest spory, ale to i tak niewiele. Dla porównania w regionie - Serbia ma ok. 10 mln (bez Kosowa - ok. 8 mln), Bułgaria ok. 9-10 mln, Albania - 3,6 mln, ale znacznie więcej niż półmilionowa sąsiednia Czarnogóra. Wciśnięte pomiędzy Albanię, Serbię, Czarnogórę i Macedonię Kosowo ma powierzchnię ok. 10000 km kw., co daje wyobrażenie o stłoczeniu dość dużej grupy ludzi na małym obszarze. Mniej więcej (z zachowaniem proporcji) jak na terytoriach Autonomii Palestyńskiej.

Znacznie bardziej pouczające są dane ekonomiczne. PKB per capita to ok. (niestety trudno znaleźć dokładne dane dla obszaru, który nie był/nie jest osobnym państwem) 1,5 tys. euro. Mniej w Europie (ok. 1100) ma tylko Mołdawia. Dla porównanie dotychczas najbiedniejsza w regionie Albania miała 3,2 tys. - ponad dwa razy więcej. Co więcej, w przeciwieństwie do innych biednych krajów środkowej i wschodniej Europy, które rozwijają się w tempie 5% i więcej rocznie, Kosowo ma pełzający wzrost rzędu ok. 2-3% - i to mimo ogromnego strumienia funduszy z UE i nie tylko.

Oczywiście przekłada się to na poziom życia ludzi. Wg danych Banku Światowego w ubóstwie (poniżej 1,42 euro/dzień) żyje 45% mieszkańców, a w skrajnym ubóstwie (poniżej 0,93 euro/dzień) ok. 15%. Odpowiednio wysokie są też wskaźniki bezrobocia - wg różnych danych od 45 nawet do 60%. Wskaźnik śmiertelności urodzeń to nawet 44 na 1000. Kosowo nie ma bogactw naturalnych, nie ma żyznych ziem, nie leży przy szlakach handlowych. Poza jednym - szlakiem przerzutu narkotyków. I z tego m. in. spora część ludności się utrzymuje.

Czy państwo o takiej strukturze ekonomicznej, demograficznej, społecznej ma szanse na rozwój? We współpracy z innymi, w rozwoju wzajemnych więzi gospodarczych pewnie tak. Ale na rozwój samodzielny, niezależny, ”niepodległy” właśnie - zwłaszcza jeśli będzie (co niewykluczone) embargo ekonomiczne ze strony Serbii, nie ma co liczyć. I kiedy opadnie euforia z ogłoszenia niepodległości, pozostanie nadal frustracja, bieda i beznadzieja. Nowe będą za to konflikty na Bałkanach, jeszcze większa nienawiść między narodami, jeszcze bardziej zamieszany przysłowiowy już “bałkański kocioł”.

“Niepodległość” Kosowa - kto to uzna?

luty 16, 2008 by rozum

Thaci, premier prowincji dał już do zrozumienia, kiedy będzie ogłoszona tzw. niepodległość Kosowa. Wiadomo, że jutro, nie jest znana do końca godzina - ale prawdopodobnie będzie to 15. Nie wiadomo, jaka będzie też flaga - ma ponoć nie być nic z flagi albańskiej (”żeby nie było prowokacji”) - czyli ani dwugłowego orła, ani koloru czarnego, ani czerwonego. Zamiast tego ma być żółty i niebieski - kolory flagi UE. To znamienne, dlatego warto przypatrzeć się stosunkowi krajów UE to tego problemu.

Wczoraj napisałem, że “większość krajów” Unii tę proklamację uzna. Tak jest w istocie. A kto jest w mniejszości?

Przede wszystkim - co niejako oczywiste - państwa prawosławne, czyli Rumunia, Grecja, Bułgaria, Cypr. Zrozumiała jest solidarność rządów (niezależnie od politycznej opcji) tych państw z prawosławnymi współwyznawcami w Serbii. Trzeba pamiętać, że (oprócz Rumunii) nie są to kraje nie tak mocno zlaicyzowane jak na zachodzie Europy, więc kwestie religijne odgrywają większą rolę. Tak czy inaczej kraje te pozostają wspólną przestrzenią kulturową. Władze Cypru dodatkowo mają podobny problem z północną częścią wyspy, też zamieszkaną przez muzułmańską mniejszość.

Ciekawsze są pozostałe przypadki - Hiszpania i Słowacja. Lewacki rząd w Madrycie, choć często traktujący własną politykę zagraniczną jako przedłużenie decyzji socjaldemokratycznej międzynarodówki, tym razem doskonale odczytał problem. Jest oczywistym, że przykład kosowskich Albańczyków, którzy z terrorystycznych “partyzantów” od niedzieli przerodzą się w uznawane władze państwowe, jest stymulujący dla terrorystów także z Półwyspu Iberyjskiego. Rząd uznający “niepodległość” Kosowa, a odmawiający niepodległości Baskom traciłby twarz. Tym bardziej, że Baskonia to nie jakieś zapadłe, zniszczone wiochy z 60% bezrobociem, ale jedna z bogatszych hiszpańskich prowincji. Nie wnikam, czy takie stanowisko nie jest podyktowane też kampanią wyborczą i ma poprawić wizerunek rządu, który był uważany za zbyt ustępliwy, gdyż niezależnie od motywów taka decyzja cieszy.

I wreszcie Słowacja. Tu nie ukrywam, jestem mile zaskoczony. Premier Robert Fico rządzący dzięki co najmniej egzotycznej koalicji partii nacjonalistycznej, populistycznej i populistyczno-socjaldemokratycznej, pokazuje po raz kolejny, że słowaccy politycy wysokiego szczebla są nietuzinkowi i nie można ich jednoznacznie klasyfikować. Oczywiście można próbować tłumaczyć taką decyzję analogicznymi problemami z mniejszością węgierską - ale to próba chyba nieudana. Węgrzy ani nie są terrorystami, ani nie domagają się niepodległości, ich region jest najbiedniejszy na Słowacji, a ich partia brała lojalnie udział w poprzednich koalicjach rządowych. Wszystko wskazuje na to, że Fico po prostu spojrzał na sprawę szerzej.

A inni? Reszta 21 krajów UE “niepodległość” prawdopodobnie uzna. Niestety widać tu krótkowzroczność przywódców i brak jakiejś spójnej wizji polityki na najbliższe nawet lata (nie mówiąc o wizji dalekosiężnej). Niezależnie już od tego, kto ma w sprawie Kosowa rację, sprawa ta jest po prostu niebezpiecznym precedensem. Miejsc, gdzie żyją zwarte mniejszości narodowe stanowiąc w jakimś regionie większość, jest w Europie wiele. Wspomniałem już o Baskach, ale w samej Hiszpanii są jeszcze Galisja i Katalonia, w UK Szkocja i Walia, nie mówiąc o trudnej sytuacji Ulsteru, znana jest sytuacja Belgii - państwa, które istnieje praktycznie tylko na zewnątrz, Republika Serbska w Bośni, Republika Naddniestrzańska w Mołdawii. Także na Przed- i Za- Kaukaziu - Czeczenia, obie Osetie i Abchazja. I wreszcie liczne mniejszości albańskie w Macedonii i Czarnogórze. Czy na pewno chcemy wszystkie te potencjalne miejsca konflików na nowo budzić? Czy na pewno zasada, że ludność danego terytorium może jednostronnie decydować o swej “niepodległości” przyniesie Europie bezpieczeństwo i stabilizację - oficjalnie uznawane za cele UE?

Przy okazji pozwolę sobie polecić wywiad Krzysztofa Wołodźki z profesorem Waldenbergiem. Interesujące, że ten znany z lewicowych przekonań historyk doktryn dochodzi do bardzo podobnych wniosków.

Szczęśliwy finał czeskich wyborów

luty 15, 2008 by rozum

4 tury, 141 głosów, czyli większość bardzo niewielka - ale ostatecznie dziś się udało. Połączone izby czeskiego parlamentu wybrały na kolejną kadencję prezydenta Vaclava Klausa.

Klaus to postać bardzo znana i kontrowersyjna. Minister finansów Czechosłowacji, potem premier Czech, lider opozycji i wreszcie prezydent. Sprawny reformator, potem zajadły krytyk socjaldemokratów, wreszcie dumna głowa państwa.

Nie ukrywa swoich konserwatywnych poglądów i niechęci do socjalnej wizji państwa, jest krytykiem “walki z ociepleniem”, Unii Europejskiej i nieuzasadnionych ingerencji w czeskie sprawy. Jednoznacznie odpierał roszczenia “wypędzonych” Niemców tzw. sudeckich, dobrze współpracował natomiast z prezydentami Bushem i Kaczyńskim.

Cieszy, że osoba o tak niestandardowych jak na “zachodni wzorzec” poglądach może być czeskim prezydentem już drugą kadencję. Cieszy, że czescy parlamentarzyści wybierają nie przejmując się tym, “co powie zagranica”.

Nie cieszy natomiast sytuacja w Kosowie, gdzie prawdopodobnie byli terroryści w niedzielę proklamują oderwanie od Serbii (o niepodległości trudno mówić). Kampania wyborcza w Serbii się już skończyła, państwa europejskie mają nadal przychylnego sobie prezydenta, więc większość z nich “niepodległość” uzna. Nic dobrego to naturalnie nie przyniesie, co na bieżąco postaram się relacjonować.

14 lutego - Cyryla i Metodego

luty 14, 2008 by rozum

Oprócz wspomnienia patrona epileptyków – św. Walentego – Kościół Rzymskokatolicki obchodzi dziś święto świętych Cyryla i Metodego. Kim byli? Dlaczego powinniśmy o nich pamiętać?

Święci Cyryl (z greckiego Konstantyn) i Metody, zwani też niekiedy Braćmi Sołuńskimi (z racji pochodzenia z Sołunia – z greki zwanego dziś Salonikami, niegdyś Tesaloniką) jak mało które postacie historii średniowiecza wpisują się w dzieje Słowiańszczyzny. Obaj Słowianami z etnicznego punktu widzenia nie byli, jako mieszkańcy Sołunia byli Grekami. Przybyli oni z południa do najpotężniejszego ówcześnie państwa Słowian, na Morawy. Celem ich była misja apostolska, zaszczepienie wśród wchodzących ówcześnie na ścieżkę cywilizacyjną Słowian wiary chrześcijańskiej – ówcześnie jeszcze przed otwartą schizmą 1054 roku niepodzielonej. Misja ta odniosła pełny sukces.

Ale oprócz aspektu religijnego misji, był też inne aspekte – polityczny i cywilizacyjny. Rościsław, książę wielkomorawski który zaprosił Braci, nie chciał chrystianizować się z Niemiec. Powód były oczywisty – przede wszystkim nie chciał się uzależniać od potężnego (militarnie) niemieckiego sąsiada (100 lat później takie same były powody chrztu Mieszka – z Czech zamiast z Niemiec). Drugi powód jest mniej dziś dla nas oczywisty, ale też ma znaczenie niebagatelne. Otóż w II połowie IX wieku zachodnia Europa prezentowała mizerny poziom kulturowo-cywilizacyjny. Centrum świata leżało na pograniczu Europy i Azji – w zamieszkałym przez Greków Bizancjum. Choć Grecy nie byli nigdy wielką potęgą militarną (co w X i XI wieku mieli tak boleśnie udowodnić Turcy Seldżuccy), choć ich honor trafnie określało określenie fides graeca, to jednak przepych, bogactwo i intelektualny poziom Bizancjum budziły podziw i zachwyt zachodu jeszcze długo potem. Nie dziwi, że Rościsław cywilizacji chciał się uczyć właśnie stamtąd.

To były przyczyny, a jakie były efekty? Oprócz chrystianizacji północnego brzegu Dunaju, Bracia – a dokładniej Cyryl – zostawili po sobie alfabet. Cyryl greckie znaki dostosował do ówczesnego języka Słowian, w szczególności do specyficznych (do dziś zresztą spotykanych) głosek. Tak powstała głagolica, później zwana od jego imienia cyrylicą, a dziś – po reformach Piotra I na przełomie XVII i XVIII wieku grażdanką. Używana jest w językach rosyjskim, ukraińskim, serbskim, białoruskim, bułgarskim i macedońskim – oraz w niektórych językach niesłowiańskich na azjatyckich terenach objętych kulturowymi wpływami Rosji. To wszystko też dziedzictwo Cyryla.

Cyryl i Metody to – oprócz m. in. św. Benedykta i Edyty Stein – patroni Europy. Czego uczy nas ich przykład? Przede wszystkim tego, że Europa to nie tylko obszar na zachód od Łaby, że Bałkany i centralne połacie kontynentu to pełnoprawna jego część – niezależnie od tego czy wzorce czerpią z zachodu. Wzorce, które nie zawsze na zachodzie muszą być lepsze. Cóż dziś zostało z kultury niemieckiej IX wieku? Z kultury słowiańskiej tamtego czasu został alfabet, którym posługuje się ponad 200 milionów ludzi. Warto o tym pamiętać, gdy dziś bombardowani jesteśmy „europejskimi standardami” i w ogóle nowinkami z zachodu.

Kultura wysoka i powszechna

luty 7, 2008 by rozum

Słucham właśnie “Tristana i Izoldy”, jednego sztandarowych dzieł niemieckiego neoromantyzmu. Recepta na (neo)romantyzm jest znana, motyw “ludowy” (tu celtycki, ale częściej są germańskie, “narodowe”), ubrany w pompatyczną formę, z wielką orkiestrą, wspaniałą harmoniką, słynną wagnerowską “niekończącą się melodię”.
Ale czy słyszał ktoś z Was kiedyś niemiecki folk? Taką autentyczną niemiecką muzykę ludową? Ja, nie. Może gdzieś istnieje w jakichś niszach, ale na pewno nie ma tej popularności co folk bałkański, rosyjskie dumki czy polskie kolędy. Z drugiej strony Niemcy (i Austriacy - na ogół zresztą pochodzenia niemieckiego lub z pogranicza) przynajmniej od XVII wieku mieli najlepszych kompozytorów muzyki tzw. poważnej.

Oczywiście można to zbyć na zasadzie przypadku - ot Mozart urodził się w Salzburgu, a Chopin w Żelazowej Woli, a obaj byli kosmopolitami. Przypadków jednak nie ma (zwłaszcza że podobne wyniki da porównanie z innych dziedzin sztuki), a różnica jest przejawem szerszych doświadczeń historycznych Słowiańszczyzny w stosunku do zachodnich sąsiadów.

Można twierdzić, że Germanie to tacy poważni ludzie, intelektualiści, chłodni jak tworzą kulturę, to przez duże K i wszystko z precyzją szwajcarskiego zegarmistrza. A Słowianie spontaniczni, żywiołowi, więc muzyka też taka - a formą, stylem nie bardzo się przejmowali. To byłoby jednak zbyt duże uproszczenie, bo globalna wartość kultury słowiańskiej wcale nie jest mniejsza.

Przyczyny są moim zdaniem głębsze, mianowicie różny układ społeczny, różne doświadczenia organizacji społeczeństwa. U Słowian niejako “pierwotnym” sposobem organizacji była wieś, a następnie opole. Słowianie jako lud osiadły wykształcili charakterystyczny ireniczny styl życia “na łonie natury”. Ludzie mieszkali razem, warstwy bogatych i biednych oczywiście były, ale nieoddzielone murem. Sprzyjało to kształtowaniu wspólnej kultury - bez sztucznych podziałów na kulturę “zamku” i “wsi”.

Na zachodzie praktycznie od VIII wieku dominował system feudalny. Skomplikowana drabinka wasali od króla począwszy, a na chłopie skończywszy. Warstwy były wyraźnie oddzielone, hierarchiczne. Kultura była praktycznie tylko w “zamku”, poza nim była kulturalna pustynia.

Oczywiście w średniowieczu tzw. pełnym recypowano germańskie wzorce i w państwach słowiańskich. Różnice były jednak zasadnicze:
- większa ilość szlachty, a więc poszczególni drobni szlachcice (gołota) nie odbiegali majątkowo bardzo od wsi
- brak książąt udzielnych
- magnateria odwołująca się do ludu, “klientów”, schlebiająca gustom powszechnym
- wspólne gospodarstwo (folwark), a więc stały kontakt wsi z dobrodziejem
- charakterystyczna architektura dwór zamiast zamku, dwór jest częścią wsi, zamek nie
- na poziomie ogólnokrajowym dużo większa demokratyzacja w porównaniu do (zwłaszcza pruskiego, ale nie tylko) autorytaryzmu.

To w Polsce, w innych krajach słowiańskich charakterystyczny był natomiast brak własnej państwowości i wynarodowienie elit. Zatem elity narodowe bezpośrednio wywodziły się z ludu i wśród ludu narodowa kultura się przechowała. Tak było przez kilkaset lat u Czechów, Słowaków, Słowian południowych. Nawet Ruś i Polska przez pewien czas były pod obcym panowaniem.

To odcisnęło piętno na kulturze. Kultura Słowian jest bardziej zintegrowana, rozpowszechniona, ludowa, choć pewnie mniej “wysoka” niż kultura Niemców. Za to Niemcy poza wielkimi artystami mają raczej pustynię, a jeśli chcemy sięgnąć po coś ludowego z Niemiec najlepiej sięgnąć po wysmakowane pieśni pewnego urodzonego w Czechach kompozytora pochodzenia żydowskiego.

Serbia - nowy stary prezydent

luty 4, 2008 by rozum

Znamy już więc rozstrzygnięcie - prezydentem pozostanie szef Partii Demokratycznej, Boris Tadić. Komentatorzy prześcigają się w „ulgach”, „proeuropejskich decyzjach”, „przyszłościach” - prawda jest trochę bardziej brutalna.

Proeuropejskie władze i ludzie pokroju Tadicia rządzą Serbią (a wcześniej Jugosławią) od ponad 7 lat. Od tamtego czasu Serbowie utracili Czarnogórę, nie odzyskali kontroli nad Kosowem i praktycznie za darmo wydali tzw. zbrodniarzy wojennych trybunałowi w Hadze. Serbia pozostaje mimo to krajem izolowanym, ponad jej głowami podejmuje się decyzje o losie jednej z jej prowincji. Jedynym mocarstwem, które (choć raczej mało szczerze) wyciąga rękę do Serbii, jest Rosja. Światełka (a raczej tylko błyskotki) nadziei pojawiają się ze strony zachodu dopiero, gdy istnieje ryzyko zmiany tzw. prozachodniego kursu w Belgradzie. Czy mamy łudzić się, że oferty zniesienia wiz czy szerszego otwarcia, nie mówiąc już o włączeniu Serbii w proces decyzyjny odnośnie przyszłości Kosowa, pozostaną aktualne także po wyborach?

Szczerze w to wątpię, bo gdyby się tak miało stać, to już by się stało. Boris Tadić nie jest przecież nowym prezydentem i to nie osoba Nikolicia była przeszkodą. Wszystko pozostanie więc po staremu.

Czy należy wobec tego odbierać porażkę Nikolicia jako porażkę Serbii? Też niekoniecznie. Serbia Tadicia nie jest jakimś specjalnym sukcesem, ale przynajmniej wiemy, jaka jest. Serbii Nikolicia nie znamy, byłaby ona wielką niewiadomą, byłaby szansą, ale i ryzykiem większych napięć na Bałkanach. Na pewno nie byłaby natomiast decyzją o „izolacji Serbii”. Taką decyzję podjęły już bowiem dawno państwa zachodnie, niezależnie od tego, kto rządzi w Belgradzie.

‘Case of freedom’ albo ‘Denkenfreie Zone’

luty 1, 2008 by rozum

Wspomnień z Salzburga część druga.

Piątkowe popołudnie, jedna z eleganckich kawiarni w centrum miasta. Rozmowa schodzi na temat palenia, czy palimy, czy próbowaliśmy, czy nam przeszkadza jak ktoś pali itd. Ostatecznie rozmowa schodzi na temat regulacji w poszczególnych krajach. Niektóre kraje oczywiście  wprowadziły drastyczne ograniczenia, w praktyce umożliwiające palenie wyłącznie w domu.

- And what about Poland? - pyta H***, paląca, z jednego z takich właśnie krajów (nawiasem mówiąc tego z zachodnich, gdzie ludzie są najsympatyczniejsi)

- In Poland, we have too liberal attitude to this problem to… - odpowiadam.

- Liberal!? But it’s not the case of freedom! Smoking is unhealthy, it causes cancer (etc. etc.)

Nie będzie to post o tym, czy, gdzie i w jakim zakresie powinno się pozwalać palić. Zainteresowało mnie owo ’case of freedom’. Czym ono w zasadzie jest? Rozmowa potoczyła się w innym kierunku, ale co kojarzy się pewnej części Europejczyków z wolnością domniemywać można z wydarzeń w trybunałach europejskich czy zachodniej, zwłaszcza lewicowej i liberalnej prasy.

Czym jest jednak wolność? Osiemnastowieczni liberałowie uważali wolność za brak ograniczeń, za pewną sferę dostępną jednostce, w granice której nikt nie może ingerować. Wolność była czymś negatywnym, była wolnością „od”, roszczeniem tylko najwyżej o zaniechanie, o niewchodzenie na cudzą działkę. Oczywiście, liberałowie zwłaszcza z tego zachodniego kraju, z którego pochodzą najsympatyczniejsi ludzie, nie uważali wolności za coś absolutnego. Wolność pozwalali ograniczać, ale ze względu na ważny interes - jednostki, a nawet ogółu. I przede wszystkim, o ograniczeniu wolności trzeba sobie jasno powiedzieć - tak, to jest wolność, ale są też inne wartości. Życie, bezpieczeństwo, porządek. Locke np. mówił „Life, liberty, property” - jak widać wolność nie jest tu rozumiana absolutnie.

W takim klasycznym rozumieniu, możliwość palenia jest niewątpliwie wolnością. Możemy ją ograniczać, np. właściciel lokalu może dać tabliczkę „no smoking”, „ne pas fumer” czy „rauchen verboten”. Z językowego punktu widzenia to typowe sformułowania wyrażające zakaz, czyli ograniczenie wolności.

Tak było kiedyś. Wieczorem następnego dnia siedzę w holu hostelu. Tam, w przeciwieństwie do rzeczonej kawiarni, jest stosowna tabliczka, ale brzmi zupełnie inaczej. „Rauchenfreie zone” [strefa wolna od palenia]. To, co kiedyś było wolnością, dziś jest zniewoleniem, a zakaz określany jest wolnością. Oto gdzie zawędrował europejski liberalizm - w meandry nowomowy i politycznej poprawności. Ale nikt się tym już nie przejmuje. Dlatego właściwsza byłaby chyba tabliczka „Denkenfreie Zone”.

Jak rozmawiać z Niemcami?

styczeń 26, 2008 by rozum

Nie, nie będzie o tym czy lepsza jest strategia typu „Fotyga” czy strategia typu „Bartoszewski”. Będzie o szeroko pojętej komunikacji.

Otóż rozmowa z Niemcem - czy szerzej mówiąc w ogóle człowiekiem wychowanym w tradycji krajów o wpływach germańskiej kultury - takich jak Holandia, Belgia, państwa bałtyckie, (Skandynawia nie wiem, raczej też) jest bardzo specyficzna. Po pierwsze, chłodna w emocjach. Jeśli są - widać wyuczone gesty, standartowe pytania, spokojną mimikę itd. Drastycznie inaczej rozmawiamy z ludźmi z Europy Środkowej, Wschodniej czy Południowej. Spontaniczna gestykulacja, żywa mimika, często zmiana tematu, ciągła inwencja. Co bowiem najbardziej uderza - oprócz lodu - przy rozmowie z Niemcem, to schemat rozmowy. Pomijając wypowiedzi jednozdaniowe, kiedy Niemiec chce coś powiedzieć dłuższego, od razu „pisze” rozprawkę. Jest teza, argumenty za, argumenty przeciw wniosek. Jak schemat w książkach do angielskiego

Ktoś pewnie powie - to tak jak się z obcokrajowcami rozmawia tylko na „poważne tematy” o UE, historii, polityce… Nie, tak jest ze wszystkim. O paleniu, o alkoholach, o pogodzie, o zabytkach, o muzyce, w ogóle o „życiu” (czymkolwiek ono jest…). I tak w kółko - argument za, argument przeciw, wniosek.

Momencik. Skądś już to chyba znamy? Teza, antyteza, synteza. Dialektyka. Hegel. Marks. Czy to znaczy że Niemcy przesiąkli marksistowską lingwistyką? Oczywiście, nie. Dialektyka nie jest przyczyną, ale skutkiem. Więc moja teza jest taka - dialektyka w heglowsko-marskistowskim ujęciu powstać mogła tylko w Niemczech, bo wypływa z naturalnego dla Niemców sposobu formułowania zdań. Dialektyka jest czymś dla nich oczywistym i dlatego m. in. jako filozofowie marksiści nie są tam wyklęci.

A u nas? Słowianie mają zupełnie inny, spontaniczny styl wypowiadania się. Taki trochę bezkształtny (ale może bezkształtny jest dla nas, ale dla cudzoziemców, zewnętrznych też wyraża jakąś logikę czy wręcz filozofię). Podobny bardziej do stylu Południowców, Włochów, Hiszpanów, Portugalczyków, Greków. Świadczy to o tym, że wbrew ideom „jednej kultury europejskiej”, kultura podstawowa, kultura języka jest inna, specyficzna dla określonych obszarów.

Może i nad Europą rozłożył się kołchoz, ale Europejczycy na szczęście nie są jeszcze kołchoźnikami.

Wybory w Serbii

styczeń 21, 2008 by rozum

W zasadzie obyło się bez większych niespodzianek. Tak jak 4 lata temu wygrał Tomislaw Nikolić i tak samo jak wtedy drugie miejsce zajął Boris Tadić, obecny prezydent Serbii. Pewnym zaskoczeniem jest duża frekwencja (ok. 61%) i większe niż się spodziewano zwycięsto Nikolicia, który zebrał razem ok. 1,5 mln głosów.

Kim są (przynajmniej tymczasowi) zwycięzcy? Boris Tadić zazwyczaj określany jest jako “prozachodni reformator”, co oznacza mniej więcej tyle, że jakieś bardziej wyraziste przesłanie ideowe zastępuje mu wiara w “integrację europejską”. Nikolić znowu to “skrajny nacjonalista”, co w przetłumaczeniu na bardziej konkretne określenia oznacza, że zamiast przesłania ideowego są hasła wielkości Serbii. Najciekawsza postać serbskiej polityki, narodowy konserwatysta Wojislaw Kosztunica nie startował, a popierany przez niego Welimir Ilić uzyskał trzecie miejsce z 7,6% poparcia. Niewiele, ale paradoksalnie, to właśnie od stanowiska Kosztunicy i Ilicia najwięcej teraz zależy, bo ich głosy mogą przeważyć szalę.

Głównym wyborem jaki stoi przed Serbami są kwestie miejsca Serbii w świecie i przyszłości Kosowa. Tadić jest gorąco za wejściem do UE, niby “nie za wszelką cenę”, ale przypuszczać należy, że niepodległość Kosowa zaakceptuje. Nikolić jest przede wszystkim za utrzymaniem integralności terytorialnej Serbii i za dobrymi stosunkami z Rosją.

Zachodni komentatorzy, przede wszystkim z gazet lewicowych (Courrier International, Süddeutsche Zeitung) podkreślają, że to wybór “izolacja” albo “integracja”. Mijają się z prawdą. Serbowie mają cały czas Tadicia jako prezydenta, mają proeuropejskie partie w rządzie, a mimo to są izolowani. Perspektywa członkostwa w UE jest mglista i w zasadzie uzależniona od zgody na odłączenie Kosowa. A na to żaden serbski polityk na razie zgody nie da, a przynajmniej nie przed wyborami. Zresztą przed wyborami raczej możemy być pewni, że “jednostronnej deklaracji niepodległości” (odsyłam do wpisu “Kosovo je Srbija”) nie będzie.

Pewni być natomiast nie możemy wyniku II tury. 4 lata temu wygrał Tadić, ale teraz Serbowie są bardziej rozgoryczeni i bardziej aktywni. Nikolić wyraźnie jest na fali, bo jeszcze jakiś czas temu wydawało się, że to Tadić wygra I turę. Niezależnie zresztą od wyniku dogrywki, te wybory to już teraz nauka dla całej Europy, że izolowanie i niesprawiedliwe traktowanie jakiegoś kraju prowadzi do wzrostu nastrojów nacjonalistycznych. Nikolić i Szeszelj nie wzięli się z niczego, nie są efektem nudy panującej na Bałkanach czy chęci odwetu tylko aroganckiego stosunku świata i łamania danego słowa. Szkoda, że zachodnia prasa faktu tego nie dostrzega.

Slovio – szlachetny pomysł z niefortunnym efektem.

styczeń 12, 2008 by rozum

Czym jest slovio? W największym skrócie slovio to słowiańskie esperanto. Sztuczny język wymyślony przez pasjonatów, jak zazwyczaj w takim przypadku bywa z ambicjami stworzenia nowej linguae francae. Idea choć chyba utopijna, to jednak szlachetna, tym razem o tyle ciekawsza, że oparta na empirycznej bazie, jaką jest bogactwo języków słowiańskich. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do stosownej strony, sam ograniczę się do komentarza.

Po pierwsze, tworzenie języka w abstrakcyjny sposób to utopia. Owszem, są przykłady wymyślenia języków od podstaw, jednak nigdy nie stawały się one powszechne. Starocerkiewnosłowiański udało się wprowadzić do liturgii, ale nigdy nie przyjął się w użyciu. Więcej szczęścia mieli twórcy bahasa indonesia, ale przecież język, którym posługuje się kilka procent populacji Indii Wschodnich to nie był cel ich ambicji – a więcej osób na co dzień mówi o ile wiem po jawajsku. Pozornym sukcesem był serbo-chorwacki, choć ten akurat oparty był w największym stopniu na empirycznych badaniach, ale po rozpadzie Jugosławii wydaje się ewoluować z powrotem w kierunku języków serbskiego i chorwackiego. Co do nowoczesnego hebrajskiego otwarcie mówię, nie znam się na tym za dobrze, ale to raczej było „wskrzeszanie” niż „tworzenie”. Zresztą specyfika historii i kultury tego narodu pozwala stwierdzić, że i w tym przypadku jedna jaskółka nie czyni wiosny. I wreszcie esperanto, choć relatywnie popularne jako kolejny język, to jednak nie słyszałem o ludziach posługujących się nim jako pierwszym.

Naturalnie jestem pod wrażeniem pasji tych osób, ich lingwistycznej wiedzy i pomysłowości, ale język, tak jak kultura, nie może być wymyślony odgórnie. Język to coś żywego, nie jest wymyślany, ale pojawia się spontaniczne, nie jest abstrakcyjny, ale konkretny, jego reguły nie są efektem dedukcyjnej analizy, ale dekodowania ich z żywej mowy ludzi. Ludziom można narzucić podatki, władzę, nawet religię nie mówiąc już o ideologii, ale język naprawdę bardzo trudno. Jeśli się udaje – to język już wcześniej przez kogoś używany. Skuteczniejsze zresztą jest mieszanie ludności o dwu językach i w efekcie zanik języka używanego przez mniejszość. Ale takie rozważania już zostawmy, gdyż jak słusznie zauważył Hayek, wszelka inżynieria społeczna prowadzi do nieszczęścia.

Po drugie, każdy z takich języków – a slovio chyba w jeszcze większym stopniu – jest językiem zdegenerowanym. Jest faktem w lingwistyce znanym, że kolejne powstające języki są coraz bardziej prymitywne (czy jak kto woli prostsze). Zamiast siedmiu przypadków trzy, zamiast trzech jeden, formy fleksyjne zastępowane przez rodzajniki, redukcje w koniugacji, liczbie zgłosek itd. Mimo iż liberałowie i różnej maści lewicowcy przekonują nas o postępie, więcej racji przyznać trzeba Platonowi, którego obraz degeneracji ustrojów w „Państwie” żywo przypomina degenerację języków.

Oczywiście taka „degeneracja” nie oznacza czegoś koniecznie złego. Językiem prostszym prościej się posługiwać, jest się go prościej nauczyć i generalnie mniejszego wysiłku intelektualnego wymaga konwersacja. Ma to też wady – osoby mówiące językiem prostszym mają bardzo duże problemy z nauczeniem się języka trudniejszego. Na poziom ogólnej inteligencji też ma to pewnie jakiś wpływ, ale tu potrzeba by badań, ja się nie czuję kompetentny to oceniać.

Jak więc wygląda degeneracja w praktyce? Każdy kto uczył się angielskiego na pewnym poziomie dostrzega różnice między eleganckim British English a powszechnym American English. AE jest taki sam, tylko prostszy. Jeszcze skrajniejszy jest przykład oryginalnej i brazylijskiej wersji portugalskiego. Znajoma Portugalka, mająca w rodzinie Brazylijczyka, mówiła mi, że o ile Portugalczyk zrozumie Brazylijczyka, o tyle Brazylijczyk nie zrozumie Portugalczyka (co ciekawe w wydawałoby się dzikiej Angoli, gdzie moja znajoma się wychowała, mówi się poprawnym portugalskim).

I ten właśnie problem dotyczy języka slovio. Na stronie poświęconej projektowi znaleźć można zachwyty Amerykanów, że wreszcie mogą mówić językiem zrozumiałym dla Słowian i że łatwo się go nauczyć. Nie dziwi mnie to, bo zwłaszcza amerykański wariant angielskiego też jest dość prymitywny. My rozumieć będziemy Jankesów, a czy oni nas? Wątpliwe. Nam Słowianom slovio nie jest potrzebne, bo i tak jesteśmy się w stanie nauczyć mówić zachodnimi językami. Amerykanom może przydać się do „jednostronnej” komunikacji – a komunikacja jednostronna to brak komunikacji. Slovio, choć to ciekawa, pomysłowa i szlachetna idea, jest po prostu niepraktyczne.